niedziela, 21 lipca 2013

"Ofelia" 1.

-Byłem tam - powiedział spokojnie opierając się ręką o ścianę. - Byłem tam - powtórzył i złośliwie uśmiechnął się ukazując nieskazitelnie białe zęby. Przez cały ten czas głowę trzymał spuszczoną, tak, że kosmyki jasnych, niemalże białych włosów zasłaniały mu oczy. Natomiast ich reszta opadała na pocharatane plecy, przykrywała je aż do pasa. Po chwili spoważniał i stanął prosto. Patrząc się prosto w oczy swojemu znienawidzonemu ojcu ciągnął dalej. - I tylko ja tak naprawdę wiem, co się wtedy stało. Wszystko wyjdzie na jaw. Nie łatwiej od razu się przyznać? - Ironia w jego głosie najwyraźniej była irytująca, bo ojciec pod wpływem złości i równie wielkiej nienawiści uderzył Alana w twarz tak mocno, że z wargi leciała mu krew.
- To i tak ci nic nie da. Świadczy tylko o twojej bezradności i głupocie - rzucił w odpowiedzi na cios, zachowując wciąż ten sam stoicki spokój. Zmierzał w stronę drzwi, po drodze trącając ojca w bark.
- Kiedyś wy wszyscy będziecie mnie potrzebować. Nie próbuj zaprzeczać. Dobrze wiesz, że sami z matką sobie nie poradzicie. Nie wydaje ci się, że wsadzenie mnie za kratki nie będzie najlepszym pomysłem? - Alan zatrzymał się nim przekroczył próg pokoju. Zastanawiał się co na to odpowiedzieć.
- Nigdy nie byliśmy uzależnieni od ciebie, czemu teraz mamy nie dać sobie rady? Uważasz się za kogoś, kto trzyma nas przy życiu? Mylisz się. Jesteś zwykłym śmieciem. A śmieci się wyrzuca. - Odgarnął reką włosy z oczu. Po tych jego słowach ojciec stracił wszelką cierpliwość. Uderzył syna o wiele mocniej niż poprzednio. Alan upadł na podłogę i patrzył na przedmiot swojej nienawiści wzrokiem pełnym pogardy. Kręciło mu się w głowie. Spuścił wzrok na chwilę, aby odzyskać zdolność trzeźwego myślenia. Z nosa zaczęła mu cieknąć krew, a w głowie wirowało jeszcze mocniej.
- Ty naprawdę jesteś bezużyteczny. Nikomu nie potrzebny wyrzutek. Czasem mi nawet ciebie żal. Ale i tak nie zrobiłoby żadnej różnicy, gdyby cię to nie było.
- Wiesz, że cię nienawidzę, prawda? - Alan starał się mimo wszystko zmusić Stevena do pomyślenia i być może zmiany swojego postępowania. - Nienawidzę, bo zawsze potrafiłeś dbać tylko o siebie. Jesteś cynikiem.. Egoistą.. Wszystkim na raz. Nikt cię nie obchodzi. Nikt. A już na pewno nie ja. Powinienem cię już dawno zabić. Nawet nie wyobrażasz sobie ile razy chciałem to zrobić. - Teraz Steven był wyprowadzony z równowagi do tego stopnia, że rzucił się ze złością w stronę Alana. Przygniótł go d ziemi i patrzył prosto w oczy starając się uwierzyć w to, co usłyszał i znaleźć dla tych słów wyjaśnienie. Tłumiąc, a przynajmniej próbując tłumić uczucie zranienia, po raz kolejny uderzył syna. Powtórzył to jeszcze kilka razy nie ograniczając się tylko do twarzy. Alanowi nie poleciała ani jedna łza, chociaż bardzo go to bolało. Fizycznie, a oprócz tego psychicznie. Jednak siedział cicho. Przez kolejne kilkanaście minut znosił 'tortury' ze strony ojca i nie śmiał nawet na niego spojrzeć. Kiedy Steven opanował złość, wstał i odwrócił się. Alan ostatkiem sił podniósł głowę i cicho, ale słyszalnie powiedział:
- Sadysta.. - słysząc to, ojciec wyszedł, zamykając za sobą drzwi. - I nie wracaj.. - wszeptał za nim zamykając oczy.

Liebster Awards.

I tak nie wiem o co chodzi, więc wstęp pozwoliłam sobie pożyczyć od we-will-burn-away.blogspot.nl

Zasady:
Nominacja do „Liebster Award” jest otrzymywana od innego blogera w ramach uznania za „dobrze wykonaną robotę”. Jest przyznawana dla blogów o mniejszej liczbie obserwatorów, więc daje możliwość ich rozpowszechnienia. Po odebraniu nagrody należy odpowiedzieć na 11 pytań otrzymanych od osoby, która Cię nominowała. Następnie Ty nominujesz kolejne kilka osób (informujesz ich o tym) oraz zadajesz im 11 pytań. Nie wolno nominować bloga, który Cię nominował.
Nominację dostałyśmy od w. w. bloga.
Oto nasze odpowiedzi:




1. Gdzie chciałabyś/chciałbyś zamieszkać w przyszłości?
Ash: Jeszcze niedawno snułam marzenia dotyczące mieszkania w Skandynawii, Norwegia lub Finlandia ściślej rzecz ujmując, aczkolwiek po dłuższym zastanowieniu się, chyba nie opuszczę Pomorza. c: Zamieszkam najprawdopodobniej w Gdyni.
Shieru: na pewno nie zostanę w Polsce. Mam zamiar mieszkać w UK, Niemczech albo Japonii, ale w to ostatnie raczej wątpię :c




2. Jakie jest Twoje najskrytsze marzenie?
Ash: Njaskrytsze... Uh, wydaje mi się, że... Mieć najwyższe wyniki w szkole... Może kiedyś. ;_;
Shieru: jak powiem, to nie będzie już najskrytsze ;_; Chciałabym kiedyś móc powiedzieć the gazette, jak bardzo na mnie wpłynęli, pomogli i jak bardzo ich cenię jako muzyków i ludzi.




3. Jaki jest tytuł Twojego ulubionego filmu?
Ash: "Mr. Nobody" oraz "Pan Bóbr", nie pominę również polskich, takich jak "Czarny Czwartek", or... "Yuma". ;> Nie mogę wybrać jednego.
Shieru: kocham produkcje Tima Burtona, a poza tym uwielbiam Iron Mana i Transformersów ♥




4. Jakie są Twoje trzy ulubione zespoły?
Ash: Zdecydowanie Apocalyptica, Katatonia i Linkin Park. Mam wiele ulubionych, ale te trzy są dla mnie szczególnie ważne.
Shieru: the gazette, dir en grey, bring me the horizon i plastic tree, i nie umiem liczyć do trzech ><




5. Co uwielbiasz robić?
Ash: Pisać... pisać, czytać książki lub też to, co piszą inni. Opowiadania znajomych i inne bzdety. Uwielbiam też biegać, słuchać muzyki... I moim hobby jest GeoCaching. c;
Shieru: Ash... biegać? ;_; Lubię jeździć rowerem, oglądać anime, słuchać muzyki, gapić się na Azjatów... XD



6. Na jakim instrumencie chciałabyś/chciałbyś umieć perfekcyjnie grać?
Ash: Na wiolonczeli! *_____________*
Shieru: na basie, żebym mogła sobie grać wieczorami z Reitą hihi




7. Jaką sławną osobę chciałabyś/chciałbyś najbardziej poznać?
Ash: Gerarda Way'a i Eino Toppinen'a. ♥
Shieru: Aoi'ego i Olivera Sykesa. I Zelo *w*




8. Jaki jest Twój nałóg?
Ash: Do niedawna była to ciężka muzyka, ale chyba z tego wyrosłam, była to chwilowa faza, nie mogłam bez tego żyć. Obecnie nie jestem od niczego uzależniona, chyba że 8 herbat dziennie się liczy?...
Shieru: internet, komputer, telefon. Jak pojechałam na trzydniową wycieczkę szkolną... Aż koleżanki z pokoju się przestraszyły, co się ze mną działo ><



9. Na jakim portalu społecznościowym najczęściej bywasz?
Ash: Na Facebook'u, wszystko inne jest co najmniej nudne, albo nie idzie tego ogarnąć.
Shieru: chyba twitter. W sumie nie wiem, tumblr się liczy? XD




10. Gdybyś mogła/mógł usunąć jedną cechę u ludzi, jaka cecha by to była?
Ash: Kłamliwość.
Shieru:  BYCIE DEBILEM.




11. Czym wolałabyś/wolałbyś zostać: wampirem, wilkołakiem, czarodziejem, boginią czy nocnym łowcą?
Ash: Nocnym Łowcą, ale i tak wolałabym być Jelonkiem.. ^^
Shieru: Kto wymyślał to pytanie? XD Wampirem albo czarodziejem. Chociaż z drugiej strony nie chciałabym potrzeć jak bliskie mi osoby umierają, więc bycie czarodziejem bardziej mi odpowiada :3 CHCĘ BYĆ DUMBLEDOREM!



Nasze pytania:
1. Jaki jest Twój najskrytszy lub najbardziej irracjonalny lęk?
2. Jak masz na imię? c:
3. Masz swojego idola lub osobę, którą się inspirujesz? Kto to jest?
4.Masz jakieś pluszaki w domu? :D Jakie? Mają imiona?
5. Posiadasz jakieś hobby?
6. Czego najbardziej nie lubisz u ludzi?
7. Czy masz jakiś przedmiot, bez którego nie wyobrażasz sobie życia (zakładając, że wykluczamy telefon, bo to chyba zbyt oczywiste...)?
9. Jakim językiem umiesz się posługiwać na tyle, aby dogadać się z osobą, dla której jest on językiem ojczystym?
10. Lubisz żelki?
11. Ostatnia nabyta płyta? (Tytuł) c:

Nominujemy:
http://suuuuuuperkai.blogspot.com/

piątek, 19 lipca 2013

"Ofelia"

Ja wiem, wiem, że z dotrzymywaniem terminów u mnie słabo..
Ale takie więzienie jakie ja mam w domu teraz naprawdę utrudnia życie. t(-.-t)
Kolejny fragment już innego opowiadania załączam poniżej:

-Byłem tam - powiedział spokojnie opierając się ręką o ścianę. - Byłem tam - powtórzył i złośliwie uśmiechnął się ukazując nieskazitelnie białe zęby. Przez cały ten czas głowę trzymał spuszczoną, tak, że kosmyki jasnych, niemalże białych włosów zasłaniały mu oczy. Natomiast ich reszta opadała na pocharatane plecy, przykrywała je aż do pasa. Po chwili spoważniał i stanął prosto. Patrząc się prosto w oczy swojemu znienawidzonemu ojcu ciągnął dalej. - I tylko ja tak naprawdę wiem, co się wtedy stało. Wszystko wyjdzie na jaw. Nie łatwiej od razu się przyznać? - Ironia w jego głosie najwyraźniej była irytująca, bo ojciec pod wpływem złości i równie wielkiej nienawiści uderzył Alana w twarz tak mocno, że z wargi leciała mu krew.

To jest pisane na spontana.. Bo z głowy i na szybko.
Na razie tylko zarys. Mam pomysł na ciąg dalszy, ale muszę wiedzieć, czy taki początek wam się podoba.
Hm?

poniedziałek, 15 lipca 2013

"Happy Birthday" cz. II - ost.

Dzień dobry, wszystkim!
Dodaję drugą i zarazem ostatnią część yaoi dla Jona ♥
W ogóle dzisiaj posprzątałam w szafie i stwierdziłam, że kiedyś byłam serio dziwna - znalazłam rysunki z życia jakiejś owcy Bogusi, rysunki z czasów fazy na Plastic Tree, gdzie Ryu mówił mi, że mnie kocha. Ale rysunek masturbującego się Uruhy przebił wszystko.
Wstyd mi.
Ale czas na opko - enjoy!


Yongguk:

   Droga z baru do mojego domu nie była długa, jakieś piętnaście minut i znaleźliśmy się na miejscu. Przez cały ten czas starałem się zabawiać go rozmową o jego urodzinach, koncercie, wrażeniach... Stanęliśmy pod moim blokiem i zacząłem szukać kluczy.
- No gdzie one są... - mruknąłem i kątem oka zauważyłem, jak Deahyun mierzy mnie groźnym wzrokiem.
- Nie mów, że ich nie masz... - uderzył się otwartą dłonią w twarz, a ja zaśmiałem się i podrapałem w tył głowy - Jejku...
- Spokojnie! - wzruszyłem ramionami - Wspaniały Bang Yong Guk zaraz coś wymyśli! - usiadłem na ławce pod blokiem, założyłem nogę na nogę i podparłem głowę ręką, przybierając minę jakiegoś historycznego myśliciela. Usłyszałem, jak Dea parsknął śmiechem. Musiałem wyglądać jak idiota i w sumie tak też się czułem. Nagle mnie olśniło - Zadzwonię do sąsiadki, ona otworzy drzwi, a klucze do mieszkania mam pod wycieraczką - podszedłem do domofonu i wcisnąłem guziczek z nazwiskiem mojej sąsiadki.
- Cóż za oryginalna skrytka na klucz - podsumował blondynek i zaczekaliśmy w milczeniu, aż moja sąsiadka odbierze. Po chwili usłyszeliśmy jej rozeźlony głos.
- Słucham!?
- Dobry wieczór, pani Lee - zacząłem najbardziej cukierkowym głosem, na jaki tylko było mnie stać - Otworzy pani drzwi?
- A KLUCZY SWOICH NIE MASZ?! WIESZ, KTÓRA JEST GODZINA, GÓWNIARZU?! - sąsiadka darła się do domofonu, a ja czekałem, kołysząc się z uśmiechem na boki, aż skończy marudzić - Co się dzieje z tymi ludźmi?! Starych ludzi ganiać po nocy, bo nie pamięta się o kluczach! Niech no ja... - dalej już nie usłyszałem, bo właśnie wbiegliśmy z Dae na klatkę, olewając staruszkę. Gdy wspięliśmy się po schodach na moje piętro, przywitała nas pani Lee. Stanąłem jak wryty, a mój przyjaciel wydał z siebie zduszony okrzyk.
    Kobieta wyglądała, jakby właśnie uciekła z horroru o cyrku. Ale po kolei... Pierwsze, co rzucało się w oczy, to neonoworóżowy, puchaty szlafrok w kotki. Jej kapcie były tego samego koloru w kształcie olbrzymiej głowy kota z wybałuszonymi oczami. Okej... Wyglądało to co najmniej dziwnie. Ale dalej... Na głowie miała zakręcone na włosach kolorowe wałki, a na twarzy zieloną, popękaną maseczkę. Do tego trzymała w dłoniach miotłę...
- TY GNOJKU, ŁADNIE TO TAK WRACAĆ PO NOCACH DO DOMU?! - babcia krzyczała na całą klatkę schodową, mocno gestykulując, a ja w ostatniej chwili schyliłem się, unikając ciosu jej miotłą. Biedny Dae, że też musi ją teraz widzieć - TY SMARKACZU, MOŻE CHOĆ RAZ ZABRAŁBYŚ ZE SOBĄ TE GŁUPIE KLUCZE?! NASTĘPNYM RAZEM BĘDZIESZ SPAĆ POD BLOKIEM, GÓWNIARZU! - podeszliśmy do drzwi mojego mieszkania, schyliłem się, aby sięgnąć klucze spod wycieraczki. Usłyszałem, jak pani Lee cofa się do swojego mieszkania.
- I LEPIEJ, ŻEBYM WIĘCEJ NIE MUSIAŁA OTWIERAĆ CI DRZWI, BANG! - poczułem, jak coś uderza mnie w plecy. Odwróciłem się gwałtownie i przyjrzałem dokładniej.
- A ładnie to tak rzucać butem w sąsiada? - podniosłem jej własność i zamachnąłem się "ostrzegawczo". Nie rzuciłem w nią, nie, nie. Nie pobiję babci.
- Yongguk! - upomniał mnie Daehyun - Nie zaczepiaj starszych ludzi!
- SŁUCHAM!? POWIEDZIAŁEŚ, ŻE JESTEM STARA!? - w głowie zobaczyłem, jak głowa pani Lee eksploduje ze wściekłości.
- Ja? To ona zaczęła! - uniosłem oskarżycielsko palec w stronę sąsiadki - Rzuciła we mnie butem! Nie widziałeś tego? - broniłem się.
- Gówniarz! - zamachnęła się i uderzyła mnie miotłą. Poczułem niewyobrażalny ból w okolicach krocza. Zgiąłem się w pół - Masz za swoje - Daehyun wziął ode mnie klucze i szybko otworzył drzwi. Staruszka odwróciła się na pięcie i wycofała do swojego mieszkania, co chwila chichocząc ze szczęścia, że powaliła
biednego chłopaka.
- Skąd w starych ludziach tyle złości... - wymruczałem z naciskiem na "starych", a ta się zatrzymała w miejscu. Znieruchomiałem i wlepiłem w nią spojrzenie. Uchyliłem delikatnie usta, ból powoli mijał. Nagle powietrze jakby gęstniało, zapanowała dziwna atmosfera. Mierzyliśmy się nawzajem spojrzeniami. Odniosłem wrażenie, jakby czas się zatrzymał...
- Coś ty... - urwała, mrużąc oczy. Ta maseczka na jej twarzy mnie strasznie rozśmieszała - ...powiedział?
   Niedobrze. Bardzo niedobrze. Staruszka mnie zaraz pobije. Dae, dzwoń po pogotowie.
- Czy ty, nazwałeś MNIE STARĄ?! - wybiegła, jak na staruszkę, bardzo szybko z mieszkania. Dalej z tą swoją miotłą... Zamachnęła się i rzuciła nią, jak jakiś prehistoryczny człowiek dzidą w mamuta. Nagle poczułem, jak ktoś łapie mnie za marynarkę i wciąga do mieszkania. Daehyun szybko zamknął za mną drzwi i usłyszeliśmy huk miotły uderzającej o drewno. To ja tak mogłem dostać. Mamo, ratuj...
- Uff. Było blisko, co nie? - zaśmiałem się do Daehyuna i usiadłem pod ścianą. Ten patrzał na mnie z góry, opierając się o drzwi.
- Co to miało...
- TY GÓWNIARZU, JESZCZE CIĘ DOPADNĘ I MI JUŻ NIE UCIEKNIESZ! - pani Lee przerwała pytanie Dae, wykrzykując jakieś obelgi w moim kierunku... Ach, mam taką kochaną sąsiadkę.
- To normalne, spokojnie - wyszczerzyłem się do blondynka - Zaraz jej przejdzie.


Daehyun:

   Serce waliło mi jak młotem. CO TO MIAŁO KURDE BYĆ? Ta kobieta nie była normalna. Stałem oparty o drzwi, próbując wyrównać oddech. Błagam, żeby ona się tu nie dostała, bo wylądujemy na ostrym dyżurze.
- Uff. Było blisko, co nie? - Yongguk był wyraźnie ucieszony, spojrzałem na niego spod byka. Mogliśmy zginąć!
- Co to miało... - przerwał mi wściekły krzyk zza drzwi. Otworzyłem szerzej oczy. Skąd w takiej kobiecie tyle złości? Chyba nie chciałbym tu mieszkać...
- To normalne, spokojnie - patrzałem na niego jak na idiotę. Nie, to nie jest normalne, że babcie w różowych szlafrokach biją swoich sąsiadów miotłą w krocze! - Zaraz jej przejdzie.
   Skierowaliśmy się do salonu, Yongguk powiedział, że mam się czuć jak w domu. Nie byłem pewien... Wciąż nie doszedłem do siebie. Rozsiadłem się wygodnie na kanapie, Yongguk rzucił propozycję:
- Może obejrzymy jakiś film? - całkiem niezły pomysł - Co byś chciał?
- Hmm... - udałem zamyślenie - Może "Shutter"? - oczy starszego się rozszerzyły.
- Lubisz horrory? - spytał zdziwiony, otwierając usta i przechylając delikatnie głowę na bok. Wyglądał tak... Pięknie... Zaparło mi dech.
- Jasne, że tak! - odpowiedziałem najbardziej entuzjastycznym tonem, jaki udało mi się przyjąć. "Kłamca, kłamca..." usłyszałem w mojej głowie. Fakt, nie znosiłem horrorów z całego serca. Bałem się ich od czasu, kiedy w dzieciństwie kuzyn puścił mi "Ring". Nie spałem przez tydzień, gapiąc się w nocy w telewizor, żeby się upewnić, że żadna Samara po mnie nie przyjdzie, a przez jakiś miesiąc miałem stany lękowe. Super przeżycie. Ale powiedziałem, że chcę obejrzeć horror, bo to świetna okazja, żeby się do niego "przypadkiem" poprzytulać. No wiecie... Jakbym się wystraszył czy coś w tym stylu.
- Okej... Niech będzie "Shutter". Wypożyczalnia jest od razu za rogiem, będę za pięć minut! - rzucił się do drzwi. Usłyszałem, jak patrzy przez wizjer, czy aby na pewno ta dzika kobieta nie czyha na niego z miotłą w korytarzu - Czuj się jak u siebie! W lodówce masz jakieś picie, a na kredensie chipsy... - zamknął za sobą drzwi. Nie minęły dwie sekundy i ktoś wszedł do mieszkania.
- Lepiej wezmę klucze - zaśmiał się, a ja nie mogłem powstrzymać uśmiechu. Wyszedł.
   Wziąłem sobie z lodówki colę, na chipsy nie miałem ochoty. Rozsiadłem się wygodnie na kanapie i wciągnąłem się w jakąś dramę lecącą w telewizji.


Yongguk:

   Stałem pod wypożyczalnią płyt. Wiatr owiewał delikatnie moją zmęczoną twarz. Trzymałem ręce w kieszeniach spodni od garnituru, gapiąc się na kartkę wywieszoną na szklanych drzwiach.
"Otwarte w godzinach:
pn - so - 10:00 - 24:00
nd - nieczynne"
   Spojrzałem na zegarek w telefonie - tak! Była akurat 23:56. Cztery minuty. Pośpiesznie wszedłem do wypożyczalni, przykuwając tym samym uwagę faceta, najwidoczniej pracownika, który miał już zamiar wychodzić.
- Zamknięte - wymruczał znudzony. Najwyraźniej chciał iść tylko do domu i skończyć swoją jakże interesującą pracę pełną adrenaliny. No co? W końcu niektórzy oddają płyty po terminie. Można czasem poczuć adrenalinę, też bym się wkurzał!
- Nie, za cztery minuty - podsunąłem mu telefon pod nos, a ten patrzał na mnie tępym wzrokiem. Jedna jego brew pomknęła do góry.
- Trzy.
Spojrzałem na cyferki. Rzeczywiście.
- Co chcesz?
- "Shuttera"...
   Film wypożyczyłem bez zbędnych problemów. Ale chwila... Dzisiaj były przecież jego urodziny... Zaskoczę go! Tak, chciałem być romantyczny...
   Sprintem wybiegłem z wypożyczalni, usłyszałem tylko, jak koleś znów coś marudził pod nosem. Jako cel wybrałem sklep monopolowy, najbliższy jaki mógł być. Poprosiłem o najlepszą whisky. Znaczy... Najlepszą jaką akurat mieli.
   W drodze powrotnej minąłem jakiś ogródek i stanąłem jak wryty. Odwróciłem się powoli na pięcie i spojrzałem na rosnące przy płocie róże. Zachichotałem. Rozejrzałem się, czy aby na pewno nikt mnie nie podgląda i zerwałem jeden z kwiatów, najpiękniejszy moim zdaniem. Jeszcze raz się obejrzałem - dla pewności - i wróciłem do domu.
   Otworzyłem drzwi mieszkania z trudem, ręce miałem zajęte przez butelkę whisky, pudełko z filmem i różę. Wszedłem do środka na paluszkach, żeby zaskoczyć Daehyuna. Zrzuciłem z siebie marynarkę, a kwiatek schowałem za plecy.
- Dae, wróciłem - nachyliłem się nad nim i wyszeptałem najbardziej zmysłowo jak tylko potrafiłem. W odpowiedzi usłyszałem ciche pociągnięcie nosem. Wystraszyłem się - Co ty, płaczesz? - przybrałem przerażony ton. Co mu się stało? Nie było mnie tylko piętnaście minut! Może to pani Lee przyszła i...
- Ta drama miała... Takie smutne... Zakończenie - wychlipał - Ona umarła!!! - popatrzał na mnie, a ja zobaczyłem w jego oczach prawdziwą rozpacz.
- No weź, to tylko drama... -  a już się bałem. Chciałem go jakoś pocieszyć...
   Rzucił się na mnie i szybko wtulił w moje ramiona. Znieruchomiałem. Nawet nie wiem, czy odwzajemniłem wtedy uścisk. Zaskoczył mnie!
- No już, nie płacz... - wyszeptałem prosząco i pogładziłem go po włosach. Wtulił się we mnie jeszcze mocniej, a ja objąłem go. Zaraz, miałem mu coś dać... - Daehyun... - tak bardzo nie chciałem, żeby ta chwila się kończyła... - Dae, kochanie... - poczułem, jak się wzdrygnął.
"KOCHANIE!? LEPIEJ GO NIE MOGŁEŚ NAZWAĆ, IDIOTO" - krzyczałem na siebie w myślach. Oderwałem się od niego z bólem.
- Mam coś dla ciebie! - podstawiłem mu tę różę pod sam nos i uciekłem spojrzeniem gdzie indziej.
   Czekałem aż coś powie. Milczał. W końcu uniosłem wzrok, żeby się upewnić, czy wszystko jest z nim w porządku. Patrzał na mnie z uśmiechem.
- No w końcu spojrzałeś - zaśmiał się, ocierając ostatnią łzę wywołaną przez dramę. Jejku, co oni puszczają w tej telewizji, żeby doprowadzić mojego blondynka do takiego stanu...
- Dziękuję. Ukradłeś ją z czyjegoś ogródka, co nie? - parsknął śmiechem i wziął prezent do ręki - Masz jakiś wazon? - wyszedł z pokoju i skierował swój krok do kuchni.
- Jasne, poczekaj - odstawiłem whisky i film na stoliczek, poszedłem za nim. Wziąłem pierwszą lepszą szklankę, nalałem do niej wody, a blondynek wsadził do niej różę.
- Naprawdę dziękuję - zarumienił się i nachylił w moją stronę. Heeeej, co się dzieje?! Serce zabiło mi mocniej, przestałem kontrolować swój oddech.
   Pocałował mnie w policzek.
   Cały czas czułem na skórze dotyk jego ciepłych ust. Chyba się rozpływam... Zeskrobcie mnie z podłogi.
- Okej? - zaśmiał się - Co z filmem? - szybkim krokiem poszedł do salonu, ciągnąc mnie za rękę za sobą.        Usiedliśmy na kanapie, włączyłem "Shuttera". Rozlałem whisky do szklaneczek.
   Podczas oglądania filmu nie raz się wzdrygnęliśmy. A najlepsze było wtedy, gdy blondynek zaczął się do mnie przysuwać. Oczywiście tak, żebym nie zauważył. Ale Bang widzi wszystko, nic nie umknie mojej uwadze! Wyciągnąłem rękę na oparcie kanapy i w sumie wyszło tak, że oglądaliśmy ten film całkowicie przytuleni.
Najlepszy.
Wieczór.
Mojego.
Życia.


Daehyun:

   Film filmem, nieraz się wystraszyłem, ale to dotyk Yongguka sprawiał, że ciągle miałem dreszcze. Uśmiechnąłem się sam do siebie. Właśnie leciały napisy końcowe, próbowaliśmy dojść do siebie. Kto by się spodziewał takie zakończenia... Wow. Jeszcze raz rozejrzałem się po pokoju i mój wzrok spoczął na zegarku.
- Jak późno... - zdziwiłem się - Muszę wracać! - wstałem gwałtownie i od razu usiadłem. Zakręciło mi się w głowie, whisky zrobiła swoje.
- No co ty. Nie puszczę cię samego do domu o takiej porze. Zostań - mi się wydaje, czy usłyszałem jakąś błagalną nutkę w jego głosie? - A w szczególności w takim stanie... - zmierzył mnie od stóp po czubek głowy. Nie mogłem się sprzeciwić... Poza tym oboje byliśmy całkowicie najebani.

   Poszedłem wziąć prysznic. Miałem nadzieję, że to poprawi mój stan choć trochę. Uwielbiałem, gdy gorący strumień wody drażnił moją delikatną skórę. Czułem się trochę nieswojo w cudzej łazience, ale co? Przecież nikt się nie gapi z lornetką, jak biorę prysznic, prawda?
   Zawsze podczas kąpieli dużo myślałem. Dlatego tak długo mi to schodziło. Miałem wtedy mnóstwo czasu na przemyślenia o wszystkich możliwych tematach - od ocieplenia klimatu po daleką przyszłość. Ciekawe, jak moje życie się potoczy...
   Zakręciłem kran, musiałem wyjść spod prysznica. Najgorszy moment całej tej przyjemności. Czułem, jakbym był na Antarktydzie, brakuje tu tylko pingwinów zjeżdżających na brzuszkach. Zmierzwiłem włosy i rozejrzałem się. Łazienka była pełna pary. Stanąłem przed umywalką i zaparowanym lustrem. Bang miał zapasową szczoteczkę, którą mi pożyczył, więc mogłem w spokoju umyć zęby.
   Po pewnym czasie (czyt. półtorej godziny jak nic) wyszedłem z łazienki. Czułem się nieco lepiej. Yongguk siedział na kanapie i oglądał jakiś nudny - wnioskując po jego minie - film. Gdy zorientował się, że już skończyłem, wstał.
- Mam spać na kanapie, tak? - upewniłem się. Chłopak spojrzał na mnie jak na ostatniego debila.
- No co ty, głupi jesteś?
- To... Ty śpisz na kanapie? - co mu chodziło po tej ślicznej głowie? W duchu miałem nadzieję na coś zboczonego. Ale ciii. Tego nie było, to przez alkohol...
- Oboje śpimy na łóżku - sprecyzował. Nie mogłem się sprzeciwić. Przecież byłem jego gościem, czyż nie? Nie mogę mu robić zbędnych problemów, spanie w jednym łóżku będzie okej, nie będzie potrzeby rozkładania kanapy...
   Będzie ciekawie.
   Yongguk skierował się do łazienki, po drodze rozpinając koszulę. Podążyłem za nim wzrokiem, popatrzałem na jego pośladki opięte przez spodnie od garnituru. Mmmm... Od razu się otrząsnąłem. Jejku... To takie trudne. Poszedłem do sypialni, aby położyć się do łóżka, gdy zachciało mi się pić.
   Chcąc, nie chcąc, do kuchni musiałem przejść koło łazienki. W drodze powrotnej zauważyłem, że drzwi toalety są uchylone. Pijany Yongguk najwidoczniej zapomniał ich zamknąć... Niechcący zajrzałem. Naprawdę niechcący! Serce zabiło mi mocniej. Stał tam... Otworzyłem szerzej oczy. Był zupełnie nagi, mogłem zobaczyć go całego... No, dalej, Daehyun, gap się, bo więcej taka okazja się nie powtórzy!                Patrzałem na jego chude, długie nogi, lekko umięśnione pośladki... Zachłysnąłem się napojem, a Yongguk szybko odwrócił głowę w moją stronę. Brawo, Dae. Jesteś debilem. Teraz twoja miłość pomyśli, że jesteś napalonym pedałem. Super.
   Mierzyliśmy się tak wzrokiem, gdy Yongguk się zarumienił, a ja poczułem, że muszę uciec zanim całkiem się podniecę. Pobiegłem do sypialni, zostawiając Yongguka samego sobie.
   Po kilkunastu minutach, gdy leżałem już w łóżku i udawałem, że śpię, Yongguk wszedł do swojej sypialni. Patrzałem na niego spod lekko uchylonych powiek i nasłuchiwałem uważnie. Stał tam przy ścianie w samych bokserkach, a woda skapywała mu z mokrych kosmyków włosów. Jak ja go kocham... Gdy stwierdził, że śpię, podszedł do łóżka i położył się obok mnie. Starał się być jak najciszej, żeby mnie nie obudzić. Był taki słodki.
   Powoli odpływałem w błogą krainę snu, gdy poczułem, jak Yongguk obejmuje mnie w pasie i przytula się do moich pleców. Zamarłem. Miałem ochotę jęknąć, ale przecież nie mogłem. Bo spałem. Poczułem, jak nachyla się do mojego ucha. Wstrzymałem oddech.
- Ale ja cię kocham, Dae - moją twarz i szyję owiało miętowe powietrze. Czekałem, co będzie dalej.              Zacisnąłem mocno powieki i modliłem się, żeby zrobił coś jeszcze. Albo żeby właśnie nic już nie robił. Sam nie wiem, czego chcę.
   ZARAZ. Chwila moment, czy on powiedział, że MNIE KOCHA? Czy mam już schizy od tego alkoholu...
- Co? - a miałem udawać, że śpię... Chłopak zachichotał.
- Wiedziałem, że nie śpisz - parsknął śmiechem. A ja dalej nie wiedziałem, czy się przesłyszałem, czy nie.
- Co powiedziałeś wcześniej? - nie dawałem za wygraną.
- Że wiedziałem, że nie śpisz - chłopak najwyraźniej postanowił się ze mną podroczyć.
- A wcześniej? - no powiedz to jeszcze raz. Proszę.
- Ładna była dziś pogoda, co nie? - Yongguk dalej mnie przytulał i czułem, jak się zaśmiał - Kocham cię.
- Właśnie na to czekałem - szepnąłem i odwróciłem się w jego stronę. Wciąż leżeliśmy przytuleni, a ja nie wierzyłem, że jesteśmy tak blisko... Ile razy o tym marzyłem? - Też cię... - urwałem. Chłopak, którego kocham odkąd pamiętam, właśnie wyznał mi miłość. Ja śnię? - ...kocham - szepnąłem niepewnie i od razu się zarumieniłem.
   Yongguk chwycił moją twarz w swoje chłodne ręce i przysunął do swojej. Pocałował mnie. Na początku niepewnie, potem językiem dokładnie "zwiedzał" moją jamę ustną. O matko, co się dzieje... Za chwilę popłaczę się ze szczęścia. Nasze języki złączyły się, po chwili oderwaliśmy się od siebie.
- Kocham cię - Yongguk spojrzał głęboko w moje oczy, jakby bał się, że to kłamstwo. Nie, kochanie, nie kłamałem. Pocałował mnie jeszcze raz w usta i przytulił do siebie. Przykrył nas kołdrą i rozłożył się wygodnie koło mnie.
- Dobranoc, słonko - rzucił ze śmiechem. Ułożyłem się wygodniej, a ten znów objął mnie w pasie i przyciągnął do siebie. Byłem szczęśliwy. Szczęśliwszy niż kiedykolwiek.
- Dobranoc - szepnąłem. Poczułem, jak Yongguk pocałował mnie w szyję. Wzdrygnąłem się. Co za przyjemne uczucie...
   Minęło parę minut i zorientowałem się, że mój blondynek już śpi. Wsłuchiwałem się w jego równy oddech i po jakimś czasie również zasnąłem.






NIE MA SEKSU, PRZEPRASZAM :C
Aż sama czuję pewien niedosyt T^T
A tak swoją drogą, Shutter to serio zajebisty film, polecam XD

Oto ja!

A tam, pochwalę się swoją mordką i nofą płytą doom metalową, na którą mi Shieru pożyczyła 3 zł. xDD
Hah, za wszelkie schizy w moich opowiadaniach odpowiada właśnie ta płyta! W ogóle ten zespół.
Pozdrawiam! :3

No, macie, piękną (hahahaha, nie) mnie. c:
Ładna chociaż jestem trochę? ;______;

Halo. ;_;

Shieeru, bez tytułu to nie był oneshot. ;_;
Ah, witam was po tej jakże pięknej tygodniowej przerwie, nijak kur*a jego mać nie jest mi lepiej.
Wyżywam się zabijając w myślach ludzi.
Tymczasem...
Pamiętacie moje "bez tytułu"? Postanowiłam..
iż będę pisała dalej. Tzn, nie typowe dalej, a "bliżej", tzn, to, co było wcześniej.
Na przykład powiązanie tego, co czytaliście o śmierci matki Valo, znajdzie się w tym "bliżej".
Takie coś.. No, powiedzmy, ze chciałabym napisać książkę. Trzeba ją jakoś zacząć, co nie? No właśnie tak.. chcę takie coś zrobić.
Miłego!

Co byś zrobił, gdyby o piątej nad ranem zadzwonił twój telefon, a patrząc zaspany na wyświetlacz zobaczyłbyś jedynie „numer zastrzeżony”? Pewnie zastanawiałbyś się o co chodzi, któż mógłby dzwonić z numeru zastrzeżonego o tak wariackiej porze. Nigdy w życiu nie przyszłoby ci do głowy, że dzwoni do ciebie porywacz trzymający nóż przy krtani jednego z członków twojej rodziny. A jednak.
Wszystko we mnie zaczęło wołać o pomoc, nie wiedziałem co mam robić słysząc zachrypnięty głos mówiący do mnie „Albo ona, albo ty!”. Chciałem schować się pod łóżkiem, jak pięcioletnie dziecko, które boi się hałasów nadchodzących z sąsiedniego pokoju. Ale.. miałem zaraz osiemnaście lat, nie wypadało zachować się tak w sytuacji zagrożenia życia. Wybiegłem z pokoju i zacząłem budzić siostrę.
- Cassie! Obudź się! Proszę, wstawaj!
- Opanuj się idioto, wiesz która jest godzina? - miła i taktowna jak zawsze.
Wiem, inaczej bym cię nie budził, księżniczko. - nie miałem czasu na dogryzanie, więc szybko zacząłem mówić dalej. - Musimy lecieć na dworzec, migiem, teraz. Sprawdź telefon, czy masz nieodebrane połączenia, wszystko ci wyjaśnię po drodze.
Niemal wyciągnąłem ją z łóżka i rzuciłem pod nogi jakieś ubrania, wciąż ją poganiając i mówiąc, że sprawa jest poważna. Zanim jednak dotarliśmy na umówione miejsce minęło 40 minut. Z sercem podchodzącym do gardła brnąłem do dworca między ludźmi tłoczącymi się przy nocnych knajpach, ciągnąc za sobą Cassie. Ku naszemu zdziwieniu hala dworcowa była pusta, nikt nie czekał na żaden pociąg ani nie stał przy kasie. Przerażało mnie to odrobinę, ale szliśmy dalej. Nigdzie nie było widać żywej duszy. Bałem się, że zabrali ją gdzieś ze sobą, bo przybyliśmy za późno. Nie poddawałem się.
- Sprawdź na peronie drugim, ja pójdę na pierwszy – powiedziałem do siostry i pobiegłem w kierunku schodów.
Łaziłem wzdłuż i wszerz betonowego wzniesienia szukając jakiegokolwiek śladu obecności porywaczy, czułem się bezsilny. Pierwszy raz w życiu tak beznadziejny... Myślałem, że już wszystko stracone. Wtedy usłyszałem krzyk. Krzyk Cassie, zdławione i cichnące wołanie o pomoc. Zeskoczyłem z peronu i pobiegłem przez tory do drugiego. Wskoczyłem na niego, przebiegłem na drugą stronę i zeskoczyłem po raz kolejny. Odwróciłem głowę i zobaczyłem moją mamę nieprzytomną na ziemi przy szynach i dwóch porywaczy trzymających moją siostrę. Myślałem, ze dostanę zawału. Stałem przed nimi nie wiedząc co mam robić. W końcu jeden z nich odezwał się.
          - I co, tchórzu, będziesz tak stał i gapił się na nas? Nie zechcesz rzucić się na ratunek swojej rodzinie? - Odebrałem to jako prowokację, więc nic nie zrobiłem. - No dalej, skocz mi do gardła, a wtedy i ty pożegnasz się z życiem, ćpunie.
Właśnie... To był cios w samo sedno. Nie miałem pojęcia jak wybrnąć, aby nie ucierpiała ani mama, ani Cassie. A trzeba było jeszcze utrzymać to w tajemnicy.
- Puść ją i odeślij z matką do domu.
- Na jakiej podstawie, smarkaczu? - splunął na ziemię tuż przede mną.
- Odpowiem za wszystko. - Siostra popatrzyła tylko zdumiona na mnie i pokręciła głową w miarę możliwości. - Na pewno. Tylko je puść obie wolno.
- Dobra stary, zostaw je, niech idą. - Nakazał wspólnikowi. 
- Kiedy już ich nie było podszedł do mnie i spojrzał mi prosto w oczy z wyrazem pogardy.
- Valo... Hahaha. Czyż nie o tobie ciągle dochodzą nas słuchy, wśród ciemnych ulic i bloków..? Valo, Valo, Valo... Ciekawa ksywka. Mały, zasmarkany dzieciak diler. Wydaje ci się, że to takie proste. Nie, młody. Przez ciebie mamy cholerny kryzys. Przez ciebie i twój idealny towar. Zapomniałeś już, gdzie zacząłeś? - zapytał mnie. Szczerze mówiąc.. nie. Nie pamiętałem. - Wszystko, w co jesteśmy uwikłani od pół roku... To wszystko twoja pieprzona zasługa. Długi, głód... Nie wiesz jak to jest. Przez ciebie straciliśmy Lemmy'ego.
- Jak straciliście?! Co się z nim dzieje? Co się stało? - nie miałem zielonego pojęcia o czym w tamtej chwili mówił.
- Zdechł! Zdechł przez ciebie szmato! - po tych słowach nabrał siły i uderzył mnie w twarz, aż przewróciłem się na tory. Z trudem zebrałem się w sobie i podniosłem.
- Dlaczego ma to być moja wina? - Wykrztusiłem.
- Zostawiłeś nas na lodzie, idioto! Kiedy cię potrzebowaliśmy uciekłeś od nas, a sam zacząłeś się wybijać, zamiast z godnością nas wspierać. Choćbyśmy staczali się wszyscy razem, mielibyśmy tę świadomość, że nasz przyjaciel nie był zniewieściałą suką i nie zostawił nas w potrzebie. Pomyśl trochę, dziecko.
- Jeżeli tylko o to chodzi... Po co był ten cyrk z porwaniem?
- Ty nic nie wiesz o życiu.. Wiesz, jak to jest stracić kogoś, kto był przy tobie całe życie? Dowiesz się. Bo ona już się nie obudzi.
- Co ty.. - stanąłem jak wryty nie mogąc nic więcej powiedzieć. Co oni jej zrobili? W głowie setki myśli... Czy już było za późno? Nie wiedziałem. Byłem pewien, że jeśli coś jeszcze dało się zrobić, to Cassie się tym zajmie. To mnie trochę uspokajało. Jednak dalej coś we mnie trzęsło się, odczuwałem strach. Naprawdę... balem się. Ale nigdy nie umiałem okazywać uczuć otwarcie. Pękałem z bólu psychicznego i fizycznego, po ciosie od, niegdyś, przyjaciela. Mimo wszystko wiedziałem, że sam sobie nagrabiłem. To było nieco ponad pół roku temu... Dokładnie tego nie pamiętałem... Bo wtedy po raz pierwszy byłem pod wpływem ciężkich narkotyków. W ogóle jakichkolwiek. Ta historia była tak skomplikowana, że nawet nie wiedziałem jak mam ją opowiedzieć osobie, która mnie pytała jak zacząłem.
- Nic nie warty leszcz... - to mówiąc po raz kolejny mi przyłożył. Tym razem aż zrobiło mi się ciemno przed oczami. Skubany był silny! Sterydy robią swoje...
- Zostaw mnie... - to go tylko sprowokowało.
- O nie... przyjaciele swoich nie zostawiają! - zaczął bić mnie bez przerwy przez kilka minut, aż straciłem przytomność. Obudziłem się w domu.


niedziela, 14 lipca 2013

"Happy Birthday" [Yongguk x Daehyun], cz. I

Jon! Napisałam!
Taak, opko specjalnie dla kochanego i wiernego lokaja Jona, CASKETA (widzisz, pilnuję, żeby Cię poznali ♥), który DZIĘKI MNIE polubił B.A.P *skromna shieru* i powraca do kpopu hihihi ♥
Miłego czytania i oby Ci się spodobało, bo całe popołudnie i wieczór nad tym siedziałam XD



Daehyun:

   Siedziałem w garderobie, kręcąc się na obrotowym krzesełku. Pokój był przestronny z wielkim oknem z widokiem na miasto. Jakieś mieszkania, biurowce, sklepy... Ściany pomalowano na biało, a na środku ustawiono okrągły stolik z wazonem czerwonych kwiatków. Rozejrzałem się i popatrzałem, jak Zelo delikatnie poruszał głową w rytm muzyki płynącej z jego słuchawek, uniemożliwiając tym samym spokojną pracę stylistki. Na skórzanej, kremowej kanapie obok siedzieli HimChan i Yongguk, oglądając coś w telewizji. Himchana całkowicie pochłonęła jakaś koreańska drama, natomiast Yongguk siedział znudzony, lecz starał się tego zbytnio nie okazywać. Dokładnie znałem tę minę - po tak długim czasie bezsensownego gapienia się na niego znałem każdy jego najmniejszy gest na pamięć. JongUp powtarzał w kącie pokoju kroki do dzisiejszego występu. Zastukałem palcami o blat stołu, przy którym siedziałem. Nie mogłem przestać się kręcić, niecierpliwiłem się. Przeleciałem wzrokiem po obrazach zawieszonych na ścianie na przeciwko mnie i zatrzymałem się na kalendarzu.
   Dwudziesty ósmy czerwca. Moje urodziny, o których wszyscy zapomnieli. A w szczególności Yongguk.
Usłyszałem za sobą odgłos otwieranych drzwi i odwróciłem głowę. YoungJae wszedł do garderoby żywym krokiem z wielkim uśmiechem przeczepionym do twarzy.
- Zaraz wychodzimy! - rzucił, a zaciesz go nie opuścił ani na chwilkę. Westchnąłem i powoli podniosłem się z krzesełka. Himchan spojrzał na niego i zrobił smutną minkę, po czym z bólem wyłączył pilotem dramę. Przeniosłem wzrok na Yongguka. Gdy ten to zauważył, szybko odwrócił głowę w drugą stronę. Od dawna tak było - ciągłe te ukradkowe spojrzenia.
   Himchan, Jongup i Youngjae wyszli z garderoby. Wsłuchiwałem się w ich roześmiane rozmowy, gdy z zamyślań wyrwał mnie głos Yongguka.
- Dae... Idziesz? - zapytał cicho, a w pokoju zapanowała dziwna atmosfera.
- Uh, jasne - spojrzałem na niego niepewnie. Nie miałem najmniejszej ochoty ani śpiewać, ani tańczyć. Nie w taki dzień. Miałem nadzieję, że chociaż fani o mnie pamiętali.
- Only one shot, only one shot. Ireul kkwak mulgo deombyeodeureo one shot! - zamarliśmy i spojrzeliśmy po sobie. Odwróciliśmy się w stronę głosu - Only one shot, only one shot. You only have one chance you know?* - prawie zapomniałem o naszym maknae!
- Co za kretyn... - Yongguk uderzył się dłonią w twarz - Ej - przez te słuchawki Zelo nie zwrócił uwagi na starszego - Ej! - Bang schylił się do kanapy po poduszkę i cisnął nią w maknae.
- H-hej! - chłopak otworzył wystraszony oczy, słuchawki zsunęły mu się z głowy, a on sam wylądował na podłodze - Czego!?
Zachichotałem, a Yongguk wraz ze mną.
- Mamy koncert, zapomniałeś, debilu? - upomniałem go kulturalnie.
- C-co? - Yongguk spojrzał na niego jak na idiotę - No przecież wiem! - Zalo zdjął słuchawki i skierował się ku drzwiom. W połowie drogi zatrzymał się. Patrzałem na niego z wyczekiwaniem. Ten cofnął się po poduszkę i chciał rzucić nią w Yongguka. Ale trafił we mnie...
- Popsułeś mi fryzurę! - gorączkowo zacząłem się poprawiać, a Zelo patrzał na mnie zmieszany.
- Ty... - zdziwiłem się. Yongguk mierzył Zelo udawanym groźnym spojrzeniem - Jak mogłeś...? - postawił jeden krok w jego stronę, a Zelo się uśmiechnął.
- No cooo, staruszek mnie pooobije? - zachichotał maknae i wystawił język - No chodź - uniósł pięści do góry przygotowany do "walki". Yongguk chętnie przyjął wyzwanie. Szybkim ruchem powalił młodszego na podłogę i usiadł na jego brzuchu. Poczułem dziwne ukłucie w żołądku. Czy to zazdrość?
- Tylko nie "staruszek" - Yongguk łaskotał zapamiętale Zelo, a młodszy śmiał się na całe gardło. Nie mogłem spokojnie na to patrzeć.
- Mieliśmy już iść! - wbiłem palce między żebra Yongguka, a ten się wygiął w łuk.
- Hej! Nie pomagasz mi! - spojrzał na mnie i zrobił smutną minkę. W tym czasie Zelo sięgnął po poduszkę i znów rzucił nią we mnie, potem szybkim ruchem powalił blondynka.
- Z-zostaw m-mnie! - Yongguk popłakał się ze śmiechu, a ja wskoczyłem na plecy maknae, trzymając poduszkę przy jego twarzy. Szesnastolatek stracił równowagę i razem przewróciliśmy się na podłogę.

- HEEEJ! Co wy tu robicie!? - Youngjae wparował do pokoju i zastał trzech facetów turlających się po podłodze. Zabawny widok, nie ma co - Idziemy, ale już!
   Powoli zebraliśmy się z podłogi, poprawiliśmy włosy i ubrania. Mogliśmy iść.
   Youngjae prowadził nas zacienionym korytarzem. Szedłem zamyślony, gdy usłyszałem, jak Yongguk parsknął śmiechem. Patrzałem co chwila w podłogę, to na moje buty. Nagle Yongguk wbił palce pomiędzy moje żebra. Podskoczyłem i spojrzałem na niego. Zaśmiał się i zobaczyłem w jego oczach coś dziwnego.


Yongguk:

   Po tym, jak Younjae wszedł nieproszony do naszej garderoby, byłem zmuszony odpuścić Zelo. Ten mały smarkacz nazwał mnie staruszkiem... Aargh! Niech no jeszcze raz go dopadnę. A tak swoją drogą, takie "walki" są świetnym powodem do dotknięcia Daehyuna. Nie wytrzymałbym bez tych spojrzeń, "przypadkowych" dotyków. Robiłem wszystko, by zwrócił na mnie uwagę. Popatrzałem na idącego przed nami Youngjae, potem na Zelo. Trzymał ręce z tyłu i gapił się w sufit z dziwnym, rozmarzonym uśmiechem, a jego głowa kołysała się na boki. Parsknąłem śmiechem i spojrzałem na Daehyuna. Szedł ze spuszczoną głową. Wyglądał na smutnego, chciałem go jakoś pocieszyć. Uśmiechnąłem się szatańsko i wbiłem mu palce między żebra. Chłopak podskoczył i popatrzał niepewnie prosto w moje oczy. Przez głowę przeleciało mi tyle brzydkich myśli. Zaśmiałem się. Nigdy się nie spełnią. Miałem taką ochotę powiedzieć mu, że go... Lubię? Kocham? Sam nie wiem. Chyba muszę jeszcze nad tym pomyśleć.
   Koncert trwał, w końcu nadszedł czas na "WARRIOR".
- Warrior's back - wyszeptałem wprost do mikrofonu, a fanki znów zaczęły piszczeć. Uśmiechnąłem się do siebie i tylko czekałem na moment, gdy Daehyun zacznie śpiewać. Po chwili się doczekałem. Wsłuchałem się w jego cudowny głos... Popatrzałem na niego, jak tańczył. To ciało... Wycofałem się niezauważony do tyłu. Nie żeby patrzeć na jego tyłek, co to, to nie!
No dobra, może trochę.
Uwielbiałem jego ruchy...
   Koncert wyszedł nam nieźle. Zaśpiewaliśmy parę kawałków, fanki jak zwykle piszczały i gdy podchodziliśmy do nich - za wszelką cenę chciały nas dotknąć. Już nie mogłem się doczekać powrotu do domu. Znaczy... Jeszcze niespodzianka dla Dae. Głupi, pewnie myśli, że wszyscy zapomnieli o jego urodzinach.


Daehyun:

   Szedłem właśnie do domu, gdy usłyszałem za sobą głos Zelo.
- Dae! - nie chciało mi się zatrzymywać. Chciałem tylko odpocząć na wygodnej kanapie. - Dae! - maknae nie dawał za wygraną - DAEHYUN, DO JASNEJ CHOLERY, NIE UDAWAJ, ŻE NIE SŁYSZYSZ I POCZEKAJ NA MNIE! - no nie mogłem, musiałem się zatrzymać. Odwróciłem się i czekałem, aż blondynek dobiegnie do mnie.
- Słucham? - spytałem - Jestem zmęczony... - skrzywiłem się lekko. Ciągle nie wybaczyłem im, że zapomnieli o tam ważnym dniu.
- A JA TO MYŚLISZ CO? - dzieciak wyraźnie się zbulwersował - Wiesz, ile cię goniłem!? Nawet na mnie nie poczekałeś! - wyrzucał z siebie słowa pomiędzy oddechami.
- Poczekałem... - spojrzałem na niego niewinnie.
- TAK! ALE KIEDY!? - Zelo mierzył mnie groźnym, nieruchomym spojrzeniem. Po chwili, jakby o czymś sobie przypomniał, zmienił wyraz twarzy na "popatrz jakim jestem słodkim chłopcem" i się uśmiechnął - Chodź ze mną.
Chłopak złapał mnie za rękę i pociągnął za rękę nim zdążyłem się zorientować.
- Coooo? - zapytałem powoli - Gdzie? Nigdzie nie idę - mimo wszystko się nie zatrzymałem i pozwoliłem młodemu prowadzić.
- Gdzie my idziemy? Po co? Daleko jeszcze? Jestem zmęczony. Daleko to? W ogóle to dokąd idziemy? - cały czas mu marudziłem, ale chłopak był dzielny i odpowiadał tylko ucieszony: "Zobaczysz".
   Po chwili szybkiego marszu rozbolały mnie nogi. Na szczęście okazało się, że jesteśmy na miejscu.
- Cooo to ma być? - popatrzałem na młodszego z dziwnym wyrazem twarzy. Bez słowa weszliśmy do środka baru. Żadne ze świateł nie było zapalone, wokół panował całkowity mrok - Jesteś powien, że to...
- NIESPODZIANKA! - urwałem w połowie zdania i gapiłem się z szeroko otwartą buzią. Tylu ludzi...
- P-pamiętaliście? - nie mogłem w to uwierzyć. Byłem pewien, że...
- No raczej, Dae - Zelo walnął mnie "po przyjacielsku" w plecy. Zgiąłem się w pół i zachłysnąłem powietrzem. Odepchnąłem go od siebie, a ten się zaśmiał.
   Przeleciałem wzrokiem po torcie, wszystkich gościach... Spojrzałem na Yongguka. Był w... W garniturze? Kiedy on się zdążył przebrać? Nieważne, wyglądał tak męsko... Uśmiechał się do mnie ciągle, a ja to odwzajemniłem.
   Gdy wszyscy już skończyli śpiewać sto lat, składać życzenia i inne pierdoły, zaczęła się, hmm... Moja impreza.
   Wypiłem ze dwa drinki, potańczyłem, poprzepychałem się między spoconymi ludźmi, najadłem... Ale nigdzie nie widziałem Yongguka. Czyżby wyszedł? Cały czas go szukałem, gdy mój wzrok napotkał Zelo. Podszedłem bliżej i ujrzałem, że maknae trzyma szklaneczkę z drinkiem.
- Heeej, a ty nie za młody? - Zelo podniósł głowę i uśmiechnął się.
- Mama nie musi wiedzieć - puścił do mnie oko, a ja parsknąłem śmiechem.
- Widziałeś gdzieś Yongguka? Wyszedł już? - spytałem niby obojętnie, a jednak z tym ukłuciem w sercu. Chłopak zastanowił się chwilkę.
- Tak, wyszedł dosłownie przed chwilą. Jak pobiegniesz, to akurat go jeszcze złapiesz - pociągnął łyka alkoholu ze szklaneczki i poszedł tańczyć. Natychmiast skierowałem się do wyjścia. Szarpnąłem drzwi i poczułem, jak chłodne powietrze przyjemnie uderza w moją twarz. Przymrużyłem oczy, rozejrzałem się. W prawo, w lewo? Do domu Yongguka było w lewo, do mojego w sumie też. Od razu pobiegłem w tamtym kierunku.
   Nie przebiegłem więcej jak z dziesięć metrów i wpadłem na jakąś postać. Ten ktoś jęknął razem ze mną. Bolało...
- Dae? - serce zabiło mi mocniej, gdy usłyszałem Yongguka.


Yongguk:

   Nie mogłem już wytrzymać tego zaduchu potu, papierosów i alkoholu. Nie miałem ochoty na imprezy, a w szczególności na przyglądanie się, jak jakieś panienki wzdychają do mojego Daehyuna. "Mojego"... Haha, sucho. Wyszedłem z baru i od razu skierowałem się w stronę domu. Zamyśliłem się. Chciałem już być w domu, wziąć gorący prysznic, walnąć się do łóżka i śnić o Dae. Z przemyśleń wyrwał mnie jakiś debil, który normalnie na mnie wbiegł. Obejrzałem się, już miałem na niego nawrzeszczeć, gdy...
- Dae? - byłem szczęśliwy, że go zobaczyłem. Przez chwilę pomyślałem, że przybiegł tu specjalnie dla mnie, ale potem się otrząsnąłem. Przecież to by było bez sensu.
- Przepraszam - obserwowałem dokładnie każdy jego ruch - Nie zauważyłem...
- Nie jesteś na swojej imprezie? - spytałem, mimo wszystko, zły. A może zazdrosny? Mógł tam zostać i siedzieć dalej oblegany przez jakieś dziewczyny.
Nie odpowiedział przez dłuższą chwilę, jakby zbierał się na to. Co mu?
- Jak mogłem tam zostać sam, bez ciebie? - popatrzał gdzieś w bok i uśmiechnął się nieśmiało. Hę? On chce mi coś powiedzieć, czy to ja już jestem zaspany i majaczę?
- Tak bardzo zależy ci na mojej obecności? Masz tam tylu gości, którzy przyszli specjalnie dla ciebie. Będzie im smutno, jeśli zobaczą, że wyszedłeś - powiedziałem.
- Co? Oni są tak nawaleni, że nie skapnęliby się nawet, jakby na zewnątrz rozpoczęła się wojna - zachichotałem. Daehyun wyglądał, jakby naprawdę chciał coś powiedzieć, ale nie był do końca pewien. Może chciał powiedzieć, że mnie... Nie no, niemożliwe. Prędzej serio zacznie się ta wojna niż on będzie mnie kochał.
- Yongguk? - wyszeptał niepewnie, a mnie przeszły ciarki po plecach.


Daehyun:

   Powiedzieć, nie powiedzieć, powiedzieć, czy nie? Aaaah, co robić? Taka okazja może się więcej nie trafić! Jejku, jejku...
- Yongguk? - szepnąłem. Powiem! Nie, może jednak nie.
- Słucham?
No, myśl, Dae, myśl. Co mu powiesz?
- Czy ty... - urwałem. Jak to sformułować? "Yongguk, czy ty mnie kochasz? Bo ja cię kocham nad życie! A ty mnie? Błagam, powiedz, że ty mnie też!". A potem zapytam, czy będziemy mieć dziecko i kiedy ślub. Taak.
- Co ja? - zapytał niepewnie, jakby się czegoś obawiał. Nie powiem...
- Lubisz mnie? - jejku! Powiedziałem to! Całkowicie niechcący, samo wyszło!
Yongguk się zarumienił, ale szybko odchrząknął i odwrócił głowę, żebym nie widział rumieńców. Jest taki uroczy. Uśmiechnąłem się w duchu. Czy to odpowiedź twierdząca?
- No... Znaczy... Tak, lubię cię. Bardzo - patrzyłem na niego uważnie. Ale się zestresował... Moment. Bardzo mnie lubi!?
- A-aha - bardzo inteligentna odpowiedź z mojej strony, a co.
Zapadła niezręczna cisza.
- A ty mnie? - spojrzałem na niego. Był poważny i patrzał na ziemię. Bawił się kamyczkiem, który co chwila gdzieś kopał, popychał, turlał butem...
- Bardzo, bardzo - chciałem udać wyluzowanego, ale wyszło zupełnie odwrotnie i zaśmiałem się nerwowo.
   Znowu ta cisza. Wsadziłem ręce do kieszeni i rozejrzałem się. Po drugiej stronie ulicy szedł jakiś pijak. Zatrzymał się, uniósł butelkę do ust i przechylił. Po tym znów ruszył, zataczając się co chwila i głośno bełkocząc coś w pod nosem w pijackim języku.
-  ...mnie? - usłyszałem.
- Hm? Przepraszam, zamyśliłem się. Co mówiłeś? - otrząsnąłem się i wróciłem do żywych.
- Pytałem, czy może poszlibyśmy do mnie? - serce znów zabiło mi mocniej. Cały wieczór z nim... I to sam na sam! Nie mogę się na to nie zgodzić.
- No jasne! - uśmiechnąłem się szczerze i ruszyliśmy w kierunku jego domu, co chwila rzucając jakimiś komentarzami.



* fragment "One shot" B.A.P, tak dla jasności c:

No i w sumie to by było tyle na dzisiaj.
Hahha miał być jeden rozdział, ale się rozkręciłam PRZEZ TEGO YONGGUKA, BOSZ, JAKI ON JEST KAWAII, YAAAY ♥
Dobranoc wszystkim :3

"Victor Shane" cz. IV

Heheh dzień dobry :D
Po chwili załamania, braku weny i... I zakwasów, wracam z nowym rozdziałem.
Po tej części zaczną się schizy, oj, obiecuję hahahaha XDDD
Z góry przepraszam za jakiekolwiek błędy, już nie chce mi się tego kolejny raz czytać.


19. października, 1868

   Do restauracji wszedłem tylnymi drzwiami, tymi dla pracowników. Pod murem były jakieś potłuczone jajka. Skąd...? Nieważne, byłem zbyt przybity, by o tym myśleć. Zdjąłem płaszcz i zarzuciłem go na wieszak.
- Cześć wszystkim! - nikt nie odpowiedział, tylko echo. Podążyłem do swojego biura. Haha. Ciężko nazwać to "biurem" - mały pokój bez okien, który niegdyś był spiżarnią. Po środku niego stało małe biurko zawalone stertą papierów, nieopłaconych rachunków, które walały się też na podłodze. Rozejrzałem się, ale pomieszczenie było puste. Wyszedłem z niego i aż podskoczyłem. Obok mnie, przy stole siedział drugi kucharz wyraźnie przygnębiony. Wiedziałem, że to się stało, ale nie chciałem przyjąć tego do wiadomości.
- Nie... - wyszeptałem załamany - Tylko nie to... - czułem w gardle to dziwne uczucie, gdy chce się płakać.
- Przykro mi. Mamy tydzień na zapłacenie wszystkich rachunków, inaczej... Wiesz...
- Zamkną restaurację. Wiem - kopnąłem stojące najbliżej mnie krzesło. Usiadłem na przeciw kolegi i potarłem skronie dłońmi - Ben... Co my zrobimy?
Chłopak wyraźnie nie wiedział, co powiedzieć. Zrobił tylko skwaszoną minę i odparł ze smutkiem - Cóż... Postaramy się opłacić chociaż część rachunków, może...
- Benjamin! Z czego mamy to zapłacić!? Jesteś takim debilem, czy tylko udajesz? Nie mam pieniędzy! W ogóle. Nie mamy nic, ani pensa! - wiedziałem, że kiedyś wybuchnę, ale nie chciałem przelewać złości akurat na Bena. Był moim prawdziwym przyjacielem - Przepraszam, Ben. Nie chciałem...
- Rozumiem cię - przerwał mi. Wiedziałem, że nie gniewa się na mnie, sam jest w takim nastroju. On też bardzo to przeżywał - Reszta pracowników powinna przyjść niedługo. Powiedziałem im, żeby przyszli godzinę później. Nie chciałem, żeby widzieli cię w takim stanie.
- Dzięki. Kocham cię, zawsze byłeś dla mnie jak brat - spojrzałem w jego błękitne oczy, szukając jakiegoś pocieszenia. Ten zachichotał.
- Bez takich wyznań proszę! - zaśmiał się szczerze, a ja razem z nim. Delikatnie uderzył mnie w ramię, tak po przyjacielsku. Przyjaźniłem się z nim od kiedy pamiętam. Każdy marzy o takim przyjacielu jak Benjamin. Zawsze był przy mnie - gdy dostawaliśmy kary w szkole za schowanie pióra nauczyciela czy pociągnięcie warkocza koleżanki. Gdy pierwszy raz się zakochałem - on dawał mi rady. Gdy pobiłem się z moim szkolnym wrogiem, on zaprowadził mnie do domu i wymyślił sensowną wymówkę mojej matce. Gdy umarli moi rodzice i gdy odziedziczyłem po nich restaurację, teraz, gdy nie radzę sobie z jej utrzymaniem. I wtedy, gdy... - Victor?
- Tak? - zostałem wyrwany z przemyśleń.
- Ten facet znowu chciał się z tobą spotkać. Powiedział, że przyjdzie dzisiaj - pokręcił zrezygnowany głową - Nigdy nie da nam spokoju.
- Kiedy będzie? - odetchnąłem przygnębiony. Całkowicie wróciłem do rzeczywistości.
- Kto wie - odparł z krzywym uśmiechem, który natychmiast zniknął z jego twarzy.
Mowa była o facecie, który kiedyś tu pracował... Który właściwie był współwłaścicielem restauracji, gdy jeszcze rodzice żyli. Odszedł krótko przed ich śmiercią, strasznie się pokłócił z ojcem. Potem stwierdzili u niego chorobę psychiczną. Bo kto normalny rozwiązałby współpracę z najlepszą restauracją w całym Londynie? Mieliśmy pieniądze. Ba. Swego czasu byliśmy jedną z najbogatszych londyńskich rodzin! Restauracja Shane'ów była po prostu najlepsza, a przez jej drzwi przeszły prawdziwe tłumy wyselekcjonowanych ludzi. Dlaczego wyselekcjonowanych? Bo była naprawdę dobra, a za to trzeba płacić. I to dużo. Dlatego stać było na jedzenie u nas tylko nielicznych. Śmierć rodziców wstrząsnęła całym Londynem, a moje nazwisko przez długi czas pojawiało się na ustach mieszkańców i w gazetach: "Victor Shane, syn Elizabeth i Brandona Shane'ów, osierocony!", 'Kto zajmie się Restauracją u Shane'ów?", "Victor Shane - czy poradzi sobie w roli szefa kultowej restauracji?", "Tragedia rodziny Shane'ów! Czy młody Victor się załamie?" i inne głupoty.
   Ale jak widać - nawaliłem.
   Już nikt nie przychodzi do restauracji.
   Chyba że Joshua Hewitt - ten starzec nigdy się nie odczepi. Ciągle nachodził naszą restaurację, wypominając, że ojciec oszukał go. On zdemolował całą kuchnię w nocy, cały czas działał na naszą niekorzyść. To on ukradł wszystkie nasze pieniądze - a my nie jesteśmy w stanie tego nadrobić, a rachunki rosły.
   Nie mogę w to uwierzyć, że jakiś stary psychol nas tak pogrążył.

   Spotkaliśmy się za restauracją, w takim cichym, ciemnym zaułku. Minęła już ponad godzina od zachodu słońca. Na przeciwko nas stał wielki śmierdzący kubeł na śmieci.
- Czego chcesz? - spytałem wściekły. Nie mogłem patrzeć na tę ohydną, pomarszczoną twarz z czerwonymi rumieńcami.
- Dobrze wiesz, chłopcze - zarechotał. Miałem taką ochotę uderzyć go.
- Nie dostaniesz restauracji - aż zdziwiłem się, że mam tak opanowany głos.
Moją uwagę na chwilę odwrócił przebiegający koło nas szczur.
- Nie chcę jej - nie przestawał się śmiać, a ja coraz bardziej go nienawidziłem. To w ogóle możliwe? Posłałem mu tylko niewiedzące spojrzenie, które odbiło się w jego okrągłych okularach - To już nie jest restauracja, to jakiś niepotrzebny śmieć. Nawet bezdomni nie chcą tu jeść.
   Wkurwiłem się. Jak jakiś stary facet, który ma nierówno pod sufitem, może aż tak bardzo wyprowadzić z równowagi. Nie wytrzymam, zabiję go...
- Chcę cię tylko pogrążyć - zmarszczyłem brwi - Nie widzisz tego? Bawię się tobą. Gardzę tobą i tą restauracją - splunął - To zemsta. Zemsta za to, co zrobił twój ojciec - przycisnął mnie do mokrej, kamiennej ściany. Czułem, jak chłód bijący od niej przenika moje ciało. I jego śmierdzący oddech tuż przy mojej twarzy - Jesteś takim beznadziejnym, zakłamanym, rozpieszczonym bachorem, zupełnie jak Brandon - wyszeptał, a ja nie mogłem dłużej słuchać, jak obraża przy mnie moich rodziców. Odepchnąłem go od siebie, używając całej siły.
   Nienawidzę.
   Zacisnąłem dłonie w pięści. Odwróciłem się i odszedłem. jeszcze chwila i bym nie wytrzymał. Pobiłbym go.
   Powoli zacząłem się uspokajać. Bardzo powoli.
   Do domu wróciłem późną nocą i od razu zasnąłem.




22. października, 1868

   Z dnia na dzień coraz mniej czasu.




26. października, 1868

   Tak bardzo nie chciałem iść do pracy. Te problemy mnie wykańczały. Całymi dniami chodziłem zestresowany, drażniły mnie najmniejsze ludzkie gesty. Nawet przechodzący ludzie. Dzisiaj nadszedł dzień zamknięcia restauracji - pogodziłem się z tym. Chociaż "pogodziłem" to niepasujące słowo... Uświadomiłem sobie, że nie mogę nic zrobić, żeby uratować nas z tej sytuacji. Potrzebujemy pieniędzy, tylko jak je zarobić? Nie sprzedam się, mam jeszcze swoją godność. Tak jakby.
   Najbardziej chyba szkoda mi Bena. Włożył w restaurację tyle serca i poświęcenia. Codziennie wychodziliśmy późnym wieczorem, sprzątając i przeliczając dochody i wydatki, a tych ostatnich było o wiele więcej.
   Przeżyliśmy razem tyle wspaniałych chwil.
   A teraz nagle to wszystko znika.

  Wyszedłem z domu około dwunastej? Tak mi się wydaje. W sumie nie obchodziło mnie to, nie musiałem być przy zamknięciu. Szedłem wolno pomiędzy jak zwykle spieszącymi się ludźmi. Co chwila mijałem jakichś sprzedawców zachwalających swoje "idealne" produkty i kobiety, które gorączkowo plotkowały na jakiś temat. Wszystko jest takie bez sensu. Powłócząc nogami skręciłem w krętą, wąską uliczkę prowadzącą do mojej restauracji. Popatrzałem w niebo i przypomniałem sobie o Eleanor.
Eleanor...
   Westchnąłem. Musiałem wrócić do rzeczywistości. Byłem już na miejscu, przed drzwiami stał Jonathan Flame - ten od mięsa, jakiś zupełnie obcy facet, zapewne wysłany z rozkazu Królowej Victorii i... Zatrzymałem się gwałtownie.
Nienawidzę.
Co on tu robił? Czy zamknięcie restauracji dawało mu aż tak wielką satysfakcję? Hewitt...
- Dzień dobry, w końcu pan przyszedł - Flame był zniecierpliwiony. Po co w ogóle tu był? Oficjalnie wystarczyłby tylko ten koleś od Victorii, nie potrzeba zbiegowiska do tego.
- Dzień dobry - odpowiedziałem niepewnie i spojrzałem na obcego - Victor...
- Wiem - przerwał mi natychmiast, a ja się skrzywiłem. Spojrzał na mnie z pogardą. Zdziwiłem się. Już mi się ten facet nie podoba - Proszę otworzyć drzwi.
- Ależ oczywiście, szanowny panie - odparłem sarkastycznie, ukłoniłem się i obdarzyłem go tym samym pogardliwym wzrokiem. Kolejna osoba na mojej skromnej czarnej liście.
Weszliśmy do środka, tamci się rozejrzeli dokładnie.
- Czy jest tu coś do skonfiskowania? - wszyscy spojrzeli na mnie.
- Słucham?
- Do  s k o n f i s k o w a n i a - przeliterował Hewitt jak do idioty, zacisnąłem dłonie w pięści - To znaczy do zabrania dla Królowej. Wiesz... Zabrać tobie i dać...
- Wiem co to znaczy! - przerwałem mu. Miałem ochotę go stąd wyrzucić, ale nie mogłem - Nic takiego tu nie ma...
W tej chwili do restauracji wszedł zasapany Benjamin z Mary Jane.
- Przepraszamy... Za... Spóź- - Mary Jane urwała widząc Hewitta - Co on..? - spojrzała przerażona na mnie, lecz ja starałem się zachować spokój i skierowałem wzrok na lampę. Była strasznie brudna. Zakurzona i tłusta. Była tak brudna, że można by było rysować na niej szlaczki. Ohydne.
- Zatem zamykamy restaurację, co nie, Victor? - Hewitt zaśmiał się do mnie, a facet, który nawet się nie przedstawił, uciszył go dłonią. Zmierzyłem go groźnym spojrzeniem.
Nienawidzę. Tak bardzo nienawidzę. 
Skierowałem się do mojego "gabinetu", Mary Jane, Ben i reszta wyszli na dwór. Po chwili słyszałem wbijanie gwoździ w deski. Zabijali nam okna jak na filmach, śmieszne.
Usiadłem na krześle i zapaliłem papierosa. Zaciągnąłem się nim powoli i pozwoliłem, aby dym swobodnie dostał się do moich płuc. Poczułem delikatne drapanie w gardle, wypuściłem dym. Myślałem.
   A co jeśli...
Co jeśli nagle zaczęlibyśmy normalnie funkcjonować? To znaczy gdyby nasza restauracja zaczęła działać na nowo? Byłoby tak dużo mięsnych dań...
Wiem jak to zrobić.
Czy ja... Czy ja mam pomysł?
Serce zabiło mi mocniej, przypomniał mi się mój sen.
Ale przecież nie jestem mordercą.
Prawda?
Ale czy... Ale czy to nie jest lepsze od głodowania? Nie chcę wylądować na bruku.
Znaczy... Nie wiem, co o tym myśleć. Ten pomysł jest idealny.
A na pierwszy ogień pójdzie Hewitt.
Przysięgam.
Uśmiechnąłem się.
Nawet nie wiem kiedy zacząłem się śmiać. Tak prawdziwie, prosto z serca.
Ten plan był po prostu PERFEKCYJNY!
   Gdy wypaliłem papierosa, otarłem łzy szczęścia i wyszedłem z pomieszczenia. Może jeszcze nie wszystko stracone?



Mam tyle pomysłów na zakończenie i nie wiem, który lepszy aaaaaaaaaaa. Help.

wtorek, 9 lipca 2013

spis treści

S P I S   T R E Ś C I, 
bo Shieru się nudziło :3



"Onyx"

część pierwsza
                                  część druga                                  
                                                                                                   

  "Victor Shane"

oneshoty:

"Error" [Reita x Ruki]





"Victor Shane" cz. III

Hahaha ale spamuję XD
Dodaję dzisiaj jeszcze trzecią część, bo ten rozdział podoba mi się baaardzo.
Ale z drugiej strony aż sama siebie się boję.
Czy mogę pójść za to do więzienia albo psychiatryka? Błagam, nie.
Na początku powiem, że rozdział króciutki, ale to chyba dobrze, bo komu by się chciało czytać rozdział na 874568376483 stron, czyż nie ? C:




18. października, 1868

   Całą noc spędziłem nad Tamizą, wymyślając różne historie przedstawiające moje lepsze życie. A może śniłem? W każdym razie rankiem byłem bardzo zmęczony. Naprawdę Ją spotkałem czy to tylko wytwór mojej wyobraźni? Eleanor...
   Dzień był nadzwyczaj pochmurny, lecz nie padało. W pewnym momencie nawet zza chmur wyłoniło się słońce. Nie na długo, ale jednak. Osiemnastego października cały dzień spacerowałem obrzeżami Londynu, starając się, aby nie spotkać nikogo, przez kogo mógłbym mieć kolejne problemy. Eleanor...
   Do domu wróciłem dopiero późnym wieczorem. Tęskniłem za kąpielą i swoim łóżkiem.
   Zasnąłem szybko, bez zbędnych problemów. Gorzej ze snami - dzisiejszej nocy były wyjątkowo okrutne.
   Szedłem ciemnym korytarzem, dookoła unosił się zapach stęchlizny. Skradałem się przy wilgotnej ścianie, moim celem był pokój na końcu przedsionka. Wdepnąłem w kałużę prawdopodobnie wody. Albo i nie. Ciecz była gęsta, oleista... Za sobą usłyszałem krzyk, który z chwili na chwilę się oddalał. Eleanor! Ktoś krzywdzi moją Eleanor! Od razu pobiegłem w tamtą stronę, co rusz się potykając. Zataczałem się, przewróciłem. Nie miałem siły, by wstać. Jeszcze jeden krzyk Eleanor. Bardziej przeraźliwy, głośniejszy, doszedł mnie aż do szpiku kości. Czułem gęsią skórkę. Zacząłem się czołgać... Doczołgałem się do końca. Spadłem. Spadałem. Nie... Latałem. Frunąłem pomiędzy gwiazdami, które mrugały do mnie czule. Podleciałem do jednej z nich, która wydawała się być przyjaźnie do mnie nastawiona. Lecz ta zamieniła się w czarną dziurę. Próbowałem się cofnąć... Krzyk Eleanor. Musiałem jej pomóc... Nie walczyłem, dałem się pochłonąć.
   Znalazłem się w oślepiająco białym pomieszczeniu, przesłoniłem oczy dłonią. Rozejrzałem się, po chwili już rozróżniałem poszczególne kształty. W tym łóżko na środku. Eleanor! Natychmiast do niej podbiegłem. Nie miałem siły, ale dla niej zrobiłbym wszystko.
   Była związana, a łóżko nie było zwyczajnym łóżkiem. Była to szpitalna kozetka. Przyjrzałem się ukochanej... i od razu cofnąłem z obrzydzeniem.
   To nie była moja Eleanor.
   Ta miała zapadnięte oczodoły i puste oczy, w których panował obłęd. Straciła wszystkie zęby, a jej skóra była zupełnie szara i pomarszczona. Włosy, zamiast w loki, układały się w... W sumie w nic, były byle jak rozczochrane. Mimo wszystko widziałem w niej Eleanor...
   Znikąd pojawił się mężczyzna w idealnie białym kitlu. Wyjął zza pleców wypełnioną jakimś płynem i bez zastanowienia wbił ją w skórę Eleanor.
-Niee! - krzyknąłem, lecz z mojego gardła nie wydostał się żaden dźwięk. Przeraziłem się. Facet nie zwrócił na mnie uwagi. Dziewczyna szarpała się, lecz po chwili szamotanie ustało.
   Umarła...?
   Schylił się i zajrzał pod łóżko. Zaczął grzebać w jakimś pudełku, po chwili wyciągnął je do światła. Zauważyłem, że było wypełnione nożami. Wziął jeden do ręki i przyjrzał mu się dokładnie, przejechał po ostrzu dłonią. Gdy uznał, że jest wystarczająco ostry, przyłożył go do białej koszuli Eleanor i powoli rozciął materiał, ukazując jej pomarszczoną skórę ze starczymi plamami i obwisłe piersi. Skrzywiłem się lekko na ten widok, próbowałem zaprotestować, lecz ten mnie nie słyszał ani nie widział.
   Przyłożył ostrze do brzucha i przeciągnął nim delikatnie. Czerwona, cienka linia powolutku napełniła się krwią. Facet uśmiechnął się i docisnął nóż mocniej, rozcinając jej skórę. Krew brudziła koszulę Eleanor, a on włożył rękę w ranę. Nie mogłem na to patrzeć, myślałem, że zwymiotuję, podczas gdy on zagłębiał się coraz bardziej, wzdychając ciężko.
   To go podnieca!?
   Po chwili wyjął dłoń z cichym mlaśnięciem tkanki mojej Eleanor... Po moich plecach przebiegł dreszcz. To było ohydne. Mężczyzna ponownie chwycił nóż i wyciął na brzuchu ukochanej kształt kwadratu. Podważył skórę ostrzem, wepchnął palce między nią a mięśniami i oderwał powolnym ruchem, ukazując czerwone...
   Zerwałem się natychmiast z łóżka. Byłem dosłownie oblany potem, oddychałem ciężko. Zamrugałem parokrotnie, aby przyzwyczaić spojrzenie do ciemności. Powolutku wstałem i skierowałem się do malutkiej kuchni. Musiałem się napić wody.
   A potem wróciłem do łóżka i niestety zasnąłem.
   Uniósł kawałek skóry na wysokość oczu, badając dokładnie każdy milimetr kwadratowy pomarszczonej skóry. Odwrócił do światła zakrwawiony kawałek, ten od wewnętrznej strony. Potarł palcem po krwi, którą potem wziął do ust. To wszystko było okropne... Nie chciałem na to patrzeć, ale nie potrafiłem się odwrócić. Oblizał palec skrzętnie, mrużąc oczy w podnieceniu. Skrzywiłem się. Mężczyzna odrzucił kawałek skóry gdzieś na bok i od razu nachylił się nad brzuchem Eleanor. Spod łóżka wyjął pudełko ze swoimi "narzędziami" i wziął skalpel. Przyłożył go do mięśnia mojej wybranki i wyciął go z chirurgiczną precyzją. Włożył pod niego palce i oderwał, ukazując jelita, żołądek i wątrobę. Tak sądzę. Zdarł z Eleanor jej koszulę i rozciął ją na mniejsze kawałki, a w jeden z nich zawinął mięsień brzucha i owinął z delikatnością. Patrzał na wnętrzności kobiety tak, jak matka patrzy na swoje nowo narodzone dziecko, a mnie wzięło na wymioty. Po chwili zamyślenia powrócił do swojego zajęcia - włożył rękę prosto w jelito. Chwycił je i szarpnął mocno, zaczął je wyciągać jak jakąś linę. Facet był już cały we krwi, a na brzuch Eleanor bałem się spojrzeć. Przez jakiś czas zmagał się z kilkumetrowymi jelitami, gdy w końcu w jego dłoniach znalazła się "całość". Stęknął wyczerpany. Potarł czoło, zostawiając na nim smugę czerwonego płynu. Przeniósł wzrok na kobietę, potem na to, co trzymał. Wyprostował ramiona, a fragment układu trawiennego upadł na niegdyś idealnie białą podłogę z głośnym mlaśnięciem. Oblizał wargi. Usiadł przy nich, sięgnął dłońmi do zakrwawionych spodni. Zaczął się masturbować, co chwila zlizując z dłoni czerwony płyn Eleanor.
   A potem odwrócił się na pięcie i wychodząc, rzucił podniecony:
- Do jutra, Eleanor - świat zdawał się stanąć, otworzyłem szerzej oczy, zrobiło mi się ciemno przed nimi. Nie mogłem złapać oddechu, krztusiłem się. Upadłem na kolana i łapiąc się za szyję zacząłem kaszleć. Już nie mogłem. Zwymiotowałem.
   To byłem ja.
   JA, tylko kilkadziesiąt lat starszy.

   Do świtu nie mogłem dojść do siebie, ten sen strasznie mną wstrząsnął.




Co się dzieje w mojej głowie? Help.

"Victor Shane" cz. II

Wiiitam serdecznie! *3* 
Tak mi źle, tak baaardzo~ Współczuję Ci, Ash, że jutro będziesz wysłuchiwać jak marudzę. Przepraszam za to z góry ;-; 

A oto druga część opowiadania :D Zapraszam do lektury~! 




15. października, 1868

   Czas od ostatniego włamania minął nam, można powiedzieć, całkiem spokojnie. Nikt już na nas nie napadł, nie porozwalał krzeseł... Ruch w restauracji był jak zwykle mały. Dzisiaj odwiedziło nas pięć osób, z czego zaledwie dwie coś zamówiły, a jedna upominała się o zapłatę za mięso. Muszę znaleźć jakiś sposób, aby przyciągnąć klientów. Tylko jak?




16. października, 1868

   Do pracy wyszedłem strasznie zaspany. Całą noc myślałem, co zrobić, czym zachęcić klientów? Tylko to siedziało w mojej głowie. Nie mogłem pozwolić na to, by rodzinna restauracja upadła w taki sposób! Rodzice patrzą na mnie z góry. Dlaczego musieli zostawić mnie samego z tym ciężarem? Przecież od początku wiedzieli, że sobie nie poradzę.
   Są beznadziejni..
   Byli.
   Tak jak ja. Co ja mam zrobić? Na pewno kiedyś będę lepszym rodzicem niż oni. Na pewno nie zostawię swojego dziecka w potrzebie. I na pewno nie zrzucę mu na głowę wszystkich problemów mojego życia.

   Gdy właśnie gotowałem zupę rybną dla jednego starca, wszedł do restauracji Jonathan Flame - niegdyś nasz stały dostawca mięsa. Był ubrany w gruby płaszcz i cylinder. Z jego butów skapywała woda. Na posadzkę, którą Mary Jane właśnie wypolerowała na błysk. Od razu się zdenerwowałem.
- Dzień dobry, panie Shane - odchrząknął - Jak mniemam, wie pan, jaki jest cel mojej wizyty.
- Niech mnie pan zrozumie, nie mamy...
- Nie interesuje mnie to. Dałem wam wystarczająco dużo czasu, teraz czekam na zapłatę. W tej chwili - odparł stanowczym głosem. Spojrzałem na niego błagalnie, lecz ten odwrócił wzrok. Co robić? Myślałem gorączkowo.
- Zobaczę, ile mamy - powiedziałem nieśmiało - Niech to będzie coś w rodzaju zaliczki. Nie mamy całej kwoty.
- Zaliczki!? Żartuje pan? Czekałem miesiąc. Miesiąc! Tyle razy mnie zbywaliście! Nie odejdę, dopóki nie otrzymam trzystu siedemdziesięciu funtów.
   Byłem załamany. Jak zapadliśmy w takie długi? "Dni" Restauracji u Shane'ów są policzone...
- Annie! - zawołałem drobną brunetkę - Przemieszasz zupę? - spojrzałem w jej oczy, dostrzegając ten błysk pocieszenia, który mówił, że wszystko będzie dobrze.
   Nie będzie.
   Skierowałem się do mojego biura. Zamknąłem za sobą drzwi i od razu spojrzałem na półkę.
- C-co? - z mojego gardła wydał się chrapliwy dźwięk.
   Gdzie jest szkatułka!?
W niej były wszystkie nasze oszczędności, wszystkie pieniądze... Znaczy... Tyle, co zostało.
Rozejrzałem się w panice, jest!
Natychmiast rzuciłem się w jej stronę. Dlaczego leżała na podłodze?
Otworzyłem ją i...
Zamarłem.
Pusto.
Kompletnie pusto.
Ani pensa.
W głowie krążyło mi tylko jedno pytanie: "Kto?".
Ale nie musiałem pytać. Doskonale wiedziałem, kto był sprawcą.

   Usiadłem w kącie i schowałem twarz w dłoniach. Chyba nawet się rozpłakałem. Czemu ten staruch nie da nam spokoju!?
   Nienawidzę go.
- Co robić? Co mam, do jasnej cholery, zrobić!? - jak się spodziewałem, nie usłyszałem odpowiedzi. Westchnąłem. Nie mogłem sobie tak po prostu płakać i użalać się nad sobą. Muszę być twardy. Muszę.
   Wróciłem do kuchni. On nadal tam był, rozsiadł się wygodnie na krzesełku przy stole, na którym Ben właśnie kroił marchew do zupy. Dlaczego wciąż się łudziłem, że go nie będzie i nam odpuści? Nadzieja matką głupich, czyż nie? Spojrzałem na niego błagalnym wzrokiem, lecz ten nie patrzał nawet w moją stronę. Co za typ. Chociaż z drugiej strony nie dziwię się, że tak mnie traktuje. Też bym się denerwował.
- Ben... - rzuciłem tym zrozpaczonym tonem  - Mógłbyś...? - głos mi się załamał. Machnąłem dłonią, aby do mnie podszedł. Chłopak uniósł na mnie zdziwione spojrzenie i podszedł bez słów. Zaprowadziłem go do "biura" i nic nie mówiąc, ukazałem pudełeczko. Ten wziął do ręki przedmiot i z zawahaniem otworzył. Dostrzegłem, jak jego źrenice się rozszerzają.
- Gdzie są pieniądze? - spytał przerażony, a ja tylko ukryłem twarz w dłoniach. Nie chciałem, aby widział mnie aż tak bezradnego. Co robić?
- Ile masz przy sobie? - starałem się coś wymyślić, gorączkowo pocierając skronie skostniałymi palcami. Kątem oka zobaczyłem, jak Ben wzrusza ramionami.
- Niewiele - włożył ręce do kieszeni pracowniczego fartucha. Za czasów nowości był idealnie biały, dzisiaj pożółkły, tłusty materiał miał kilka wypalonych dziur i niezliczenie dużo plam różnego rodzaju produktów. Sok, zupy, jakieś kremy... O ile się nie mylę, była tam nawet krew - Jakieś dziesięć... - zaczął przeliczać zawartość kieszeni - Nie, jedenaście funtów i pięć pensów.
Za mało. Ale czego mogłem się spodziewać? Tonęliśmy w długach, nawet wszystkie osobiste pieniądze oddaliśmy na rzecz restauracji. Do tego ta kradzież.
Nienawidzę.
- Ja mam szesnaście funtów - potarłem, mimo chłodnej pogody i deszczu, spocone czoło. Emocje całkowicie mnie przygniotły.

- Żartujesz!? A gdzie reszta!? - Flame rzucił mi wściekłe spojrzenie. Jego twarz była jeszcze bardziej czerwona niż zwykle, a oczy zdawały się wychodzić z orbit - Co ja zrobię z jakimiś trzydziestoma funtami!? - odrzucił banknoty gdzieś za siebie - Możecie je sobie w dupę wsadzić! Banda bachorów!
   Nienawidzę.
- Nie ma w was ani krzty odpowiedzialności! Jesteście beznadziejni! Dlaczego bierzecie się za coś, czego nie umiecie zrobić!? - chodził w tę i z powrotem, wymachując dziwnie dłońmi - Wasza restauracja zginie i to już niedługo, obiecuję na cały ród Flame'ów! - Flame rzucał co chwilę jakimiś przekleństwami w naszą stronę, spuściłem głowę. Co z nami będzie? - Nie zostawię tak tego, uwierzcie - odwrócił się na pięcie, zostawiając przy okazji na podłodze piękny ślad błota. W głowie słyszałem jego groźby, odbijały się w moim umyśle jak echo. Nie mogłem wytrzymać. Wybiegłem z kuchni, chwytając płaszcz. Usłyszałem tylko za sobą przestraszony głos Benjamina:
- Victor! - chyba wybiegł na mną, nie wiem, nie odwróciłem się. To by mnie tylko spowolniło, a chciałem uciec stąd. Uciec jak najszybciej.




17. października, 1868

   Całe popołudnie chodziłem po Londynie, poruszałem się między starymi kamienicami i nowymi budynkami. Przeciskałem się ciasnymi uliczkami pełnymi szczurów, omijałem główne ulice. Nie chciałem spotykać ludzi.
   Nienawidzę. 
   Gdy zaczęło zachodzić słońce, a przynajmniej w czasie, gdy powinno zachodzić, bo całymi dniami padał deszcz, a niebo było zachmurzone, poszedłem nad Tamizę. Krążyłem bez celu, po chwili zszedłem nieco niżej. I niżej. Usiadłem nad samą Tamizą, na ziemi. Nachyliłem się i zobaczyłem swoje odbicie w tafli. Byłem smutny. Albo wściekły. Nie mam pojęcia, chyba już byłem całkowicie wypłukany z jakichkolwiek emocji. Popatrzałem przed siebie na szarą wodę, potem na ludzi dookoła mnie. Miałem tyle czasu, nigdzie się nie spieszyłem. W przeciwieństwie do nich. Nie rozumiałem ich. Po co tak się starają, kiedy prędzej czy później wszystko się popsuje i cały trud pójdzie na marne? Wszystko jest takie beznadziejne. Gonią za pieniędzmi, za dobrami materialnymi, myślą, że są coraz wyżej, lecz nic bardziej mylnego. Dosięgają dna. Jak ja.
   Siedziałem tak, rozmyślałem, aż do samej nocy. Z godziny na godzinę, minuty na minutę robiło się coraz ciszej... Londyn powoli układał się do snu. Noc - czas, kiedy możemy zapomnieć o wszystkich problemach i udać się do lepszej krainy snu. Choć czasem śnią nam się koszmary, sny są piękniejsze od rzeczywistości. Możemy dać ponieść się fantazji i robić rzeczy, na które nie pozwalamy sobie w realnym życiu. To wszystko jest takie wspaniałe.
   Parę godzin później było już zupełnie ciemno i cicho. Odetchnąłem świeżym powietrzem, zamknąłem oczy. Nie chciałem zasnąć, jedynie chwilę odpocząć. Już powoli odpływałem, gdy wyrwał mnie z tego stanu jakiś dziwny dźwięk, a potem dziewczęcy, cichutki jęk.
- Au... - uniosłem głowę i otworzyłem szeroko oczy, lecz i tak niewiele widziałem. Ale znałem ten głos.
- H-halo? Kto tu jest? - wyszeptałem, choć wiedziałem, że to Ona. Jak mogłem o niej zapomnieć. Przez tę restaurację... Problemy z pieniędzmi całkowicie zajęły moją głowę. Nagle ktoś usiadł koło mnie. Serce prawie mi stanęło.
- Pamiętasz mnie? - jak mógłbym nie pamiętać. Gdy oczy przyzwyczaiły się do ciemności, zobaczyłem zarys bladej twarzy okolonej tymi pięknymi lokami... Uśmiechała się, ale doskonale widziałem, nawet w ciemnościach, że to całkowicie sztuczny uśmiech - Coś cię trapi.
- Nie... - chciałem udać silnego? Dlaczego okłamuję taką osobę? Chyba nie chciałem jej martwić.
- To nie było pytanie - westchnęła - Też lubię tu siedzieć, gdy mam problemy - nie mogłem oderwać wzroku od jej twarzy - Wybacz, że wtedy byłam taka niemiła.
Nie wiedziałem, co powiedzieć. Czułem się jak śmieć. Nikomu niepotrzebny.
- Nie szkodzi. Zawsze do usług - co ja gadam. Chyba naprawdę ją kocham, skoro obudziła we mnie taką nieśmiałość.
- W sumie nie musimy rozmawiać. Możemy też posiedzieć w milczeniu, jeśli chcesz - spojrzałem na nią zdziwiony, a ta uniosła głowę w stronę nieba - Współczuję gwiazdom - urwała teatralnie, czekając aż poproszę, aby rozwinęła myśl. Nie doczekała się, ponownie westchnęła - Muszą patrzeć na całe to okrucieństwo ludzi. Codziennie widzą smutek i rozpacz. I nic nie mogą z tym zrobić - tylko patrzeć.
Również spojrzałem na niebo, dokładnie analizując każde słowo, które wypowiadała.
- Kiedyś chciałam być gwiazdą. Myślałam, że będę wolna. Będę błyszczeć gdzieś na bezkresnym niebie. Kto wie, może bym była najpiękniejszą gwiazdą? Tą, do której wszyscy ludzie wzdychają co noc. Tą, której młodzi kochankowie obiecują swoim wybrankom - w duszy widziałem, jak się uśmiecha - Ale  to wszystko kłamstwo - jej rozmarzony ton spoważniał szybko - Gwiazdy są zniewolone, zupełnie jak ludzie. Może nie tak dosłownie... - wstała - Nie będę ci zabierać więcej czasu - co? Nie możesz sobie tak po prostu pójść! Zaprzeczyłem:
- Nie zabierasz! - nie zatrzymała się, tylko wciąż podążała w swoją stronę. Chciałem wstać, lecz nogi miałem jak z waty - Chociaż powiedz, jak ci na imię... - krzyknąłem błagalnie. Pojawia się, znika, co się dzieje? Nie nadążam - Proszę...
Cisza. Tylko delikatny szum wiatru i Tamizy. Nie słyszałem nawet jej kroków. Zakryłem twarz dłońmi. Zmarnowałem swoją szansę.
- Eleanor - cichutki szept, który owiał moje uszy.
- Eleanor... - powtórzyłem. Zapamiętam to imię do końca mojego życia.


Bardzo złe? 

poniedziałek, 8 lipca 2013

"Victor Shane" cz. I

Taki przedsmak nowego opowiadania :3 Powiem tyle, że na początku może wydawać się nudne, ale potem... No, będzie się działo, jeśli czegoś nie spieprzę.
Miłego czytania ♥
I pisać, czy (na razie) się podoba ^3^



8. października, 1868

   Otworzyłem gwałtownie oczy i natychmiast podniosłem się do siadu. Ciężka kołdra odsłoniła moją bladą, lekko umięśnioną klatkę, ukazując delikatne, różowe sutki. Spojrzałem na zegar i wstałem jak oparzony - siódma pięćdziesiąt trzy! Znów zaspałem! Szybko się ubrałem, opłukałem twarz i zęby, wybiegając z szarego, ciasnego mieszkania w starej kamienicy gdzieś na obrzeżach Londynu. Od razu skierowałem się w stronę mojej restauracji. Przeciskałem się między ludźmi śpieszącymi za swoimi obowiązkami, szturchając i potrącając kogoś co chwila. Nie zdążę! Wbiegłem w pewną wąską uliczkę, a na kolejnym zakręcie wpadłem na starszą kobietę... Usłyszałem tylko huk wypadających z jej koszyczka jabłek, zrobiło mi się ciemno przed oczami, a jeden owoc uderzył mnie z impetem w głowę.
- Auć! - wykrzyknąłem - Moja głowa!
Potrząsnąłem nią, by sprawdzić, czy jest na swoim miejscu. Tak na wszelki wypadek.
- Bardzo panią przepraszam! Nic się pani nie stało? - ale w odpowiedzi usłyszałem tylko cichutki szloch. Przeraziłem się. - D-dlaczego pani płacze? - pewnie coś ją boli, a to wszystko moja wina!
Babcia wstała gwałtownie, zbyt gwałtownie jak na swój wiek. W pośpiechu zaczęła zbierać jabłka do kosza, nie podniosła na mnie wzroku! Ba. Nawet nie widziałem jej twarzy przez ten kaptur.
- Pomogę pani... - wyciągnąłem rękę w jej stronę.
- Nie trzeba! - wściekła spojrzała w moje oczy, a z mojego gardła wydał się dziwny, chrapliwy odgłos zdziwienia. Nie była babcią! Nie miała nawet dwudziestu pięciu lat, jak sądzę. Swoją drogą, była całkiem ładna - Wystarczająco nabroiłeś!
   Nagle usłyszeliśmy krzyk dorosłego mężczyzny, wyraźnie zdenerwowanego. Dziewczyna szybko odwróciła się w jego stronę, podniosła kosz i rzucając się biegiem, uciekła.
- Złodziejka! Ukradła moje jabłka! - facet był coraz bliżej mnie, a ja niewiele myśląc, zebrałem resztę jabłek i podążyłem za dziewczyną. Całe szczęście, że byłem dosyć wysportowany, więc dogoniłem ją w całkiem krótkim czasie.
- Hej! Zaczekaj! - wrzuciłem kradzione jabłka do kosza, który trzymała i wyrwałem go z jej dłoni. Przerażona dziewczyna dała mi w twarz. Zapiekł mnie policzek i niemal czułem, jak pojawia się na nim czerwony odcisk jej drobnej dłoni - Nie bij mnie! - uchyliłem się przed kolejnym ciosem - Chodź!
   W sumie nie wiem, dlaczego jej pomagam.
   Złapałem ją za dłoń i pociągnąłem za sobą. Za nami ciągle podążał stary kupiec, wykrzykując, abyśmy się zatrzymali i oddali jego własność. Tak, na pewno każdy złodziej tak robi - najpierw kradnie, potem ucieka, żeby na końcu oddać skradzioną rzecz. A potem z uśmiechem na twarzy idzie pod szubienicę i słucha z zamiłowaniem wściekłego tłumu, który ze zniecierpliwieniem czeka, aż powieszą winowajcę. Na pewno.
   Skręciliśmy w kolejną szarą uliczkę i okrążyliśmy jakąś nędzną, niezamieszkałą kamienicę. Wbiegliśmy do środka, z impetem otwierając drzwi. Zawiasy wydały smutny pisk, jakby prosiły o delikatniejsze traktowanie. Przepraszam - nie tym razem! Wspięliśmy się na schody prowadzące na dach. Wyszliśmy na zewnątrz i natychmiast zatrzasnąłem za nami drzwi w obawie, że kupiec nas odnajdzie. Osunąłem się na starą, wilgotną od październikowego deszczu ziemię, a kosz odłożyłem na bok. Schowałem twarz w dłoniach, próbując dojść do siebie, głośno oddychając. Po chwili przypomniałem sobie o mojej nowo poznanej towarzyszce. Podniosłem na nią wzrok i zauważyłem, że wlepiała we mnie swoje wielkie, brązowe oczy z uwagą. Mierzyła mnie tak, jakby chciała mnie przejrzeć na wylot. Zresztą - tak się właśnie czułem.
- Dlaczego? - spytała krótko, a ja uśmiechnąłem się i udałem głupiego:
- Co dlaczego? - nie mogłem oderwać wzroku od jej idealnie jasnej, owalnej twarzy i pełnych ust. Wszystko było tak dopasowane... A ona tylko wywróciła tymi cudownymi oczkami.
- Dlaczego pomagasz złodziejce? - sprecyzowała pytanie.
- Sam nie wiem - podrapałem się nieśmiało po głowie i zarumieniłem. Tak, chciałem udać uroczego. Ciekawe, czy mi wyszło - Po prostu nie chciałem, żeby ten facet cię złapał - uśmiechnąłem się delikatnie.
Nie odpowiedziała. Za to podeszła do mnie szybkim krokiem i zabrała koszyk.
- Dziękuję. Jestem twoją dłużniczką. Kiedyś ci się odwdzięczę - otworzyła drzwi zgrabnym ruchem, mimo że wcześniej wydawało mi się, że są zatrzaśnięte.
- Dlaczego kradniesz? Potrzebujesz pomocy? - zmartwiłem się. Chciałem jej pomóc! Naprawdę. Spodobała mi się, było w niej coś... Magicznego? Innego. Nie wiem, jak to określić. Była taka delikatna, a jednocześnie cholernie intrygująca.
   Chciałem kontynuować rozmowę, lecz ona zniknęła za drzwiami. Zdążyłem usłyszeć tylko jej smutny głos:
- Nikt nie może mi pomóc.
   To zdanie krążyło mi w głowie do końca dnia, aż po ciemną, zimną noc. Ten ton... Ten przepełniony rozpaczą ton...
   Chciałem jej pomóc.
   Nie mogłem jej pomóc.
   Zniknęła.
   A ja nie wiedziałem, jak mogę ją znaleźć. Nawet nie spytałem, jak ma na imię. Ale tę twarz zapamiętam na zawsze. Mlecznobiała cera okolona lokami jasnego blondu.
Jakby została wyryta w moim sercu...




9. października, 1868

   Nie poszedłem wczoraj do pracy. Cały dzień spędziłem tam, na dachu, rozmyślając o Niej i przeklinając się, że nie spytałem o imię. Do domu wróciłem późną nocą. Byłem taki zmęczony... Rzuciłem się do łóżka, lecz nie mogłem zasnąć. Dalej rozmyślałem o Niej.
   Byłem zakochany.
   Ale czy można zakochać się w kimś od pierwszego wejrzenia? Nawet nie wiedząc, jak ma na imię?
   Widocznie można.
   Zwlokłem się z łóżka, gdy nagle wpadłem na wspaniały pomysł! Napiszę ogłoszenie, że poszukuję owej dziewczyny, załączę rysunek... Moje podekscytowanie zgasło równie szybko, jak się zaczęło. Co ja gadam, beznadziejny pomysł. Przecież okradła kupca, jak wystawię list gończy, to mogą ją szybciej znaleźć... Tak źle i tak niedobrze. Postanowiłem, że pomyślę o tym po powrocie do domu. W końcu praca to priorytet! Wystarczy, że wczoraj zaniedbałem swój obowiązek i zwaliłem całą robotę na głowę drugiego kucharza - Benjamina.
   O jakiej robocie ja mówię... Spójrzmy prawdzie w oczy - byłem prawie bankrutem, a moja restauracja upadała z dnia na dzień.

   Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to fakt, że drzwi restauracji były otwarte. Jak Ben mógł ich nie zamknąć? Zawsze był dokładny i sprawdzał po kilka razy, czy na pewno zamek jest zamknięty. A teraz? W duchu przeklinałem przyjaciela, dopóki nie wszedłem do środka. Wszystko w restauracji było porozrzucane. Naczynia, talerze leżały potłuczone na podłodze, krzesła ciśnięte gdzieś w kąt. Przeraziłem się. Kto mógłby się włamać? W sumie mieliśmy dużą konkurencję w zachodnim Londynie, ale żeby demolować restaurację? Nie mogłem w to uwierzyć. Rozejrzałem się jeszcze raz dookoła i zabrałem się za sprzątanie. Ułożyłem krzesła na ich miejsce i już wziąłem miotłę do ręki, gdy usłyszałem, jak Ben i reszta pracowników -  Mary Jane, Catharine, Annie - wchodzą roześmiani do pomieszczenia, rozmawiając najwidoczniej o czymś, co przydarzyło im się po drodze. Gdy zobaczyli, co się stało, wyraźnie nie wiedzieli, co o tym myśleć, a Annie, chuda kelnerka o czerwonych ustach i krótkich, kręconych, czarnych włosach, krzyknęła.
- Co się...? - spytał Ben, a po jego oczach poznałem, że jest przerażony.
- Zamknąłeś wczoraj drzwi? - spytałem, spoglądając na niego spod byka. Byłem niemal pewien, że zapomniał o drzwiach, bo akurat podrywał Annie.
- T-tak, na pewno! - odpowiedział zmieszany - Zawsze sprawdzam kilka razy... To niemożliwe.
- Wierzę ci, Ben. Ale ten ktoś musiał jakoś wejść... - odparłem całkowicie przybity. Gorączkowo myślałem, jak ten ktoś mógł się tu dostać...
   Zabraliśmy się do sprzątania, restaurację trzeba było otworzyć jak najszybciej. Nie wiem tylko, po co. I tak nikt nie przyjdzie. Albo przyjdzie, lecz nic nie zamówi. Byłem skołowany... Zacząłem przysłuchiwać się rozmowie Cathariny z Benjaminem.
- Kto to w ogóle był? - spytała Catharina - drobna, ruda dziewczyna z dwoma warkoczami i piegami. No właśnie, kto byłby w stanie to zrobić?
   - Ja chyba wiem - uniosłem zdziwiony wzrok i popatrzałem z niedowierzaniem, jak Ben wymija mnie i idzie w stronę tylnych drzwi. Schylił się i podniósł czarny melonik. Jakim cudem go nie zauważyłem!?
   Uniósł go na wysokość oczu i przeczytał napis na metce - Tak jak myślałem - podał mi kapelusz, a ja spojrzałem na nazwisko właściciela.
   Wiedziałem, że to on.