niedziela, 14 lipca 2013

"Victor Shane" cz. IV

Heheh dzień dobry :D
Po chwili załamania, braku weny i... I zakwasów, wracam z nowym rozdziałem.
Po tej części zaczną się schizy, oj, obiecuję hahahaha XDDD
Z góry przepraszam za jakiekolwiek błędy, już nie chce mi się tego kolejny raz czytać.


19. października, 1868

   Do restauracji wszedłem tylnymi drzwiami, tymi dla pracowników. Pod murem były jakieś potłuczone jajka. Skąd...? Nieważne, byłem zbyt przybity, by o tym myśleć. Zdjąłem płaszcz i zarzuciłem go na wieszak.
- Cześć wszystkim! - nikt nie odpowiedział, tylko echo. Podążyłem do swojego biura. Haha. Ciężko nazwać to "biurem" - mały pokój bez okien, który niegdyś był spiżarnią. Po środku niego stało małe biurko zawalone stertą papierów, nieopłaconych rachunków, które walały się też na podłodze. Rozejrzałem się, ale pomieszczenie było puste. Wyszedłem z niego i aż podskoczyłem. Obok mnie, przy stole siedział drugi kucharz wyraźnie przygnębiony. Wiedziałem, że to się stało, ale nie chciałem przyjąć tego do wiadomości.
- Nie... - wyszeptałem załamany - Tylko nie to... - czułem w gardle to dziwne uczucie, gdy chce się płakać.
- Przykro mi. Mamy tydzień na zapłacenie wszystkich rachunków, inaczej... Wiesz...
- Zamkną restaurację. Wiem - kopnąłem stojące najbliżej mnie krzesło. Usiadłem na przeciw kolegi i potarłem skronie dłońmi - Ben... Co my zrobimy?
Chłopak wyraźnie nie wiedział, co powiedzieć. Zrobił tylko skwaszoną minę i odparł ze smutkiem - Cóż... Postaramy się opłacić chociaż część rachunków, może...
- Benjamin! Z czego mamy to zapłacić!? Jesteś takim debilem, czy tylko udajesz? Nie mam pieniędzy! W ogóle. Nie mamy nic, ani pensa! - wiedziałem, że kiedyś wybuchnę, ale nie chciałem przelewać złości akurat na Bena. Był moim prawdziwym przyjacielem - Przepraszam, Ben. Nie chciałem...
- Rozumiem cię - przerwał mi. Wiedziałem, że nie gniewa się na mnie, sam jest w takim nastroju. On też bardzo to przeżywał - Reszta pracowników powinna przyjść niedługo. Powiedziałem im, żeby przyszli godzinę później. Nie chciałem, żeby widzieli cię w takim stanie.
- Dzięki. Kocham cię, zawsze byłeś dla mnie jak brat - spojrzałem w jego błękitne oczy, szukając jakiegoś pocieszenia. Ten zachichotał.
- Bez takich wyznań proszę! - zaśmiał się szczerze, a ja razem z nim. Delikatnie uderzył mnie w ramię, tak po przyjacielsku. Przyjaźniłem się z nim od kiedy pamiętam. Każdy marzy o takim przyjacielu jak Benjamin. Zawsze był przy mnie - gdy dostawaliśmy kary w szkole za schowanie pióra nauczyciela czy pociągnięcie warkocza koleżanki. Gdy pierwszy raz się zakochałem - on dawał mi rady. Gdy pobiłem się z moim szkolnym wrogiem, on zaprowadził mnie do domu i wymyślił sensowną wymówkę mojej matce. Gdy umarli moi rodzice i gdy odziedziczyłem po nich restaurację, teraz, gdy nie radzę sobie z jej utrzymaniem. I wtedy, gdy... - Victor?
- Tak? - zostałem wyrwany z przemyśleń.
- Ten facet znowu chciał się z tobą spotkać. Powiedział, że przyjdzie dzisiaj - pokręcił zrezygnowany głową - Nigdy nie da nam spokoju.
- Kiedy będzie? - odetchnąłem przygnębiony. Całkowicie wróciłem do rzeczywistości.
- Kto wie - odparł z krzywym uśmiechem, który natychmiast zniknął z jego twarzy.
Mowa była o facecie, który kiedyś tu pracował... Który właściwie był współwłaścicielem restauracji, gdy jeszcze rodzice żyli. Odszedł krótko przed ich śmiercią, strasznie się pokłócił z ojcem. Potem stwierdzili u niego chorobę psychiczną. Bo kto normalny rozwiązałby współpracę z najlepszą restauracją w całym Londynie? Mieliśmy pieniądze. Ba. Swego czasu byliśmy jedną z najbogatszych londyńskich rodzin! Restauracja Shane'ów była po prostu najlepsza, a przez jej drzwi przeszły prawdziwe tłumy wyselekcjonowanych ludzi. Dlaczego wyselekcjonowanych? Bo była naprawdę dobra, a za to trzeba płacić. I to dużo. Dlatego stać było na jedzenie u nas tylko nielicznych. Śmierć rodziców wstrząsnęła całym Londynem, a moje nazwisko przez długi czas pojawiało się na ustach mieszkańców i w gazetach: "Victor Shane, syn Elizabeth i Brandona Shane'ów, osierocony!", 'Kto zajmie się Restauracją u Shane'ów?", "Victor Shane - czy poradzi sobie w roli szefa kultowej restauracji?", "Tragedia rodziny Shane'ów! Czy młody Victor się załamie?" i inne głupoty.
   Ale jak widać - nawaliłem.
   Już nikt nie przychodzi do restauracji.
   Chyba że Joshua Hewitt - ten starzec nigdy się nie odczepi. Ciągle nachodził naszą restaurację, wypominając, że ojciec oszukał go. On zdemolował całą kuchnię w nocy, cały czas działał na naszą niekorzyść. To on ukradł wszystkie nasze pieniądze - a my nie jesteśmy w stanie tego nadrobić, a rachunki rosły.
   Nie mogę w to uwierzyć, że jakiś stary psychol nas tak pogrążył.

   Spotkaliśmy się za restauracją, w takim cichym, ciemnym zaułku. Minęła już ponad godzina od zachodu słońca. Na przeciwko nas stał wielki śmierdzący kubeł na śmieci.
- Czego chcesz? - spytałem wściekły. Nie mogłem patrzeć na tę ohydną, pomarszczoną twarz z czerwonymi rumieńcami.
- Dobrze wiesz, chłopcze - zarechotał. Miałem taką ochotę uderzyć go.
- Nie dostaniesz restauracji - aż zdziwiłem się, że mam tak opanowany głos.
Moją uwagę na chwilę odwrócił przebiegający koło nas szczur.
- Nie chcę jej - nie przestawał się śmiać, a ja coraz bardziej go nienawidziłem. To w ogóle możliwe? Posłałem mu tylko niewiedzące spojrzenie, które odbiło się w jego okrągłych okularach - To już nie jest restauracja, to jakiś niepotrzebny śmieć. Nawet bezdomni nie chcą tu jeść.
   Wkurwiłem się. Jak jakiś stary facet, który ma nierówno pod sufitem, może aż tak bardzo wyprowadzić z równowagi. Nie wytrzymam, zabiję go...
- Chcę cię tylko pogrążyć - zmarszczyłem brwi - Nie widzisz tego? Bawię się tobą. Gardzę tobą i tą restauracją - splunął - To zemsta. Zemsta za to, co zrobił twój ojciec - przycisnął mnie do mokrej, kamiennej ściany. Czułem, jak chłód bijący od niej przenika moje ciało. I jego śmierdzący oddech tuż przy mojej twarzy - Jesteś takim beznadziejnym, zakłamanym, rozpieszczonym bachorem, zupełnie jak Brandon - wyszeptał, a ja nie mogłem dłużej słuchać, jak obraża przy mnie moich rodziców. Odepchnąłem go od siebie, używając całej siły.
   Nienawidzę.
   Zacisnąłem dłonie w pięści. Odwróciłem się i odszedłem. jeszcze chwila i bym nie wytrzymał. Pobiłbym go.
   Powoli zacząłem się uspokajać. Bardzo powoli.
   Do domu wróciłem późną nocą i od razu zasnąłem.




22. października, 1868

   Z dnia na dzień coraz mniej czasu.




26. października, 1868

   Tak bardzo nie chciałem iść do pracy. Te problemy mnie wykańczały. Całymi dniami chodziłem zestresowany, drażniły mnie najmniejsze ludzkie gesty. Nawet przechodzący ludzie. Dzisiaj nadszedł dzień zamknięcia restauracji - pogodziłem się z tym. Chociaż "pogodziłem" to niepasujące słowo... Uświadomiłem sobie, że nie mogę nic zrobić, żeby uratować nas z tej sytuacji. Potrzebujemy pieniędzy, tylko jak je zarobić? Nie sprzedam się, mam jeszcze swoją godność. Tak jakby.
   Najbardziej chyba szkoda mi Bena. Włożył w restaurację tyle serca i poświęcenia. Codziennie wychodziliśmy późnym wieczorem, sprzątając i przeliczając dochody i wydatki, a tych ostatnich było o wiele więcej.
   Przeżyliśmy razem tyle wspaniałych chwil.
   A teraz nagle to wszystko znika.

  Wyszedłem z domu około dwunastej? Tak mi się wydaje. W sumie nie obchodziło mnie to, nie musiałem być przy zamknięciu. Szedłem wolno pomiędzy jak zwykle spieszącymi się ludźmi. Co chwila mijałem jakichś sprzedawców zachwalających swoje "idealne" produkty i kobiety, które gorączkowo plotkowały na jakiś temat. Wszystko jest takie bez sensu. Powłócząc nogami skręciłem w krętą, wąską uliczkę prowadzącą do mojej restauracji. Popatrzałem w niebo i przypomniałem sobie o Eleanor.
Eleanor...
   Westchnąłem. Musiałem wrócić do rzeczywistości. Byłem już na miejscu, przed drzwiami stał Jonathan Flame - ten od mięsa, jakiś zupełnie obcy facet, zapewne wysłany z rozkazu Królowej Victorii i... Zatrzymałem się gwałtownie.
Nienawidzę.
Co on tu robił? Czy zamknięcie restauracji dawało mu aż tak wielką satysfakcję? Hewitt...
- Dzień dobry, w końcu pan przyszedł - Flame był zniecierpliwiony. Po co w ogóle tu był? Oficjalnie wystarczyłby tylko ten koleś od Victorii, nie potrzeba zbiegowiska do tego.
- Dzień dobry - odpowiedziałem niepewnie i spojrzałem na obcego - Victor...
- Wiem - przerwał mi natychmiast, a ja się skrzywiłem. Spojrzał na mnie z pogardą. Zdziwiłem się. Już mi się ten facet nie podoba - Proszę otworzyć drzwi.
- Ależ oczywiście, szanowny panie - odparłem sarkastycznie, ukłoniłem się i obdarzyłem go tym samym pogardliwym wzrokiem. Kolejna osoba na mojej skromnej czarnej liście.
Weszliśmy do środka, tamci się rozejrzeli dokładnie.
- Czy jest tu coś do skonfiskowania? - wszyscy spojrzeli na mnie.
- Słucham?
- Do  s k o n f i s k o w a n i a - przeliterował Hewitt jak do idioty, zacisnąłem dłonie w pięści - To znaczy do zabrania dla Królowej. Wiesz... Zabrać tobie i dać...
- Wiem co to znaczy! - przerwałem mu. Miałem ochotę go stąd wyrzucić, ale nie mogłem - Nic takiego tu nie ma...
W tej chwili do restauracji wszedł zasapany Benjamin z Mary Jane.
- Przepraszamy... Za... Spóź- - Mary Jane urwała widząc Hewitta - Co on..? - spojrzała przerażona na mnie, lecz ja starałem się zachować spokój i skierowałem wzrok na lampę. Była strasznie brudna. Zakurzona i tłusta. Była tak brudna, że można by było rysować na niej szlaczki. Ohydne.
- Zatem zamykamy restaurację, co nie, Victor? - Hewitt zaśmiał się do mnie, a facet, który nawet się nie przedstawił, uciszył go dłonią. Zmierzyłem go groźnym spojrzeniem.
Nienawidzę. Tak bardzo nienawidzę. 
Skierowałem się do mojego "gabinetu", Mary Jane, Ben i reszta wyszli na dwór. Po chwili słyszałem wbijanie gwoździ w deski. Zabijali nam okna jak na filmach, śmieszne.
Usiadłem na krześle i zapaliłem papierosa. Zaciągnąłem się nim powoli i pozwoliłem, aby dym swobodnie dostał się do moich płuc. Poczułem delikatne drapanie w gardle, wypuściłem dym. Myślałem.
   A co jeśli...
Co jeśli nagle zaczęlibyśmy normalnie funkcjonować? To znaczy gdyby nasza restauracja zaczęła działać na nowo? Byłoby tak dużo mięsnych dań...
Wiem jak to zrobić.
Czy ja... Czy ja mam pomysł?
Serce zabiło mi mocniej, przypomniał mi się mój sen.
Ale przecież nie jestem mordercą.
Prawda?
Ale czy... Ale czy to nie jest lepsze od głodowania? Nie chcę wylądować na bruku.
Znaczy... Nie wiem, co o tym myśleć. Ten pomysł jest idealny.
A na pierwszy ogień pójdzie Hewitt.
Przysięgam.
Uśmiechnąłem się.
Nawet nie wiem kiedy zacząłem się śmiać. Tak prawdziwie, prosto z serca.
Ten plan był po prostu PERFEKCYJNY!
   Gdy wypaliłem papierosa, otarłem łzy szczęścia i wyszedłem z pomieszczenia. Może jeszcze nie wszystko stracone?



Mam tyle pomysłów na zakończenie i nie wiem, który lepszy aaaaaaaaaaa. Help.

2 komentarze:

  1. Co? :o Hahaha, końcówka mnie nieźle zdziwiła XD.
    Ciekawe co ten Victor dokładnie wymyślił. Hahaha, nie mogę. Czyżby na serio chciał zabijać ludzi i ich tak po prostu.. Jeść? XD Nie mieści mi się to zbytnio w głowie. No ale czekam na ciąg dalszy ^-^

    OdpowiedzUsuń