Nie bójcie się, jeśli nie znajdziecie powiązania z treścią. Nie świadczy to o waszym braku inteligencji, w żadnym wypadku. Po prostu jeszcze nie jest na tyle rozwinięte, żeby można było je faktycznie z tytułem powiązać. Wszystko w swoim czasie. Miłego czytania, na razie dam wam połowę tego co mam, jeśli się spodoba, dam resztę.
Here it goes...
Nigdy
jakoś specjalnie nie przejmowałem się tym co miało miejsce wokół
mnie. Nie lubiłem rozmawiać z ludźmi. Można powiedzieć, że
byłem outsiderem. Izolowałem się. Oczywiście z własnej woli.
Odrzucałem wszelkie zaproszenia na imprezy i tym podobne rzeczy. Tak
naprawdę nie miałem znajomych ani przyjaciół. Jedyną
osobą, z którą potrafiłem rozmawiać, była moja babcia.
Mało
osób teraz mówi, że lubi przebywać w towarzystwie swoich
dziadków.
Byłem inny od nich wszystkich, ale cieszyłem się z tego. Nie ciągnęło mnie do tych rozbawionych buziek; miałem wrażenie, że i tak nie będę do nich pasował. Sceptycznie podchodziłem do większości rzeczy i ludzi. Oprócz babci.
Byłem inny od nich wszystkich, ale cieszyłem się z tego. Nie ciągnęło mnie do tych rozbawionych buziek; miałem wrażenie, że i tak nie będę do nich pasował. Sceptycznie podchodziłem do większości rzeczy i ludzi. Oprócz babci.
Mieszkałem
z nią od kiedy moi rodzice wyjechali za granicę. Mieli wrócić po
roku, ale tak, jak nie było ich wtedy, tak nie ma ich teraz. Nie mam
pojęcia co się stało, czemu nie wrócili i czy jeszcze kiedyś ich
zobaczę. Wtedy chyba stałem się taki jaki jestem. Odniosłem
wrażenie, że mnie najzwyczajniej w świecie oszukali. Przywiązałem
się do babci i była jedyną osobą, której ufałem.
Zerwałem
wszystkie kontakty, jakie posiadałem z ludźmi. Czasem rozmawiałem
z kimś poznanym w Internecie. W sumie to tylko dlatego, że był to
ktoś o podobnych zainteresowaniach i napisał jako pierwszy. Jednak
mimo licznych propozycji z żadną z tych osób się nie spotkałem.
Już od pięciu lat tak było.
Od
pięciu lat nie integrowałem się z nikim, nie rozmawiałem z ludźmi
w szkole... Potrafiłem okazywać uczucia tylko i wyłącznie
rozmawiając z babcią. Opowiadała mi o różnych rzeczach i robiła
coś do picia, jak miała zamiar poprowadzić jakiś dłuższy wywód.
Zwykle dosypywała za dużo cukru, ale było coś w tej przesłodzonej
herbacie, coś co zawsze poprawiało mi samopoczucie. Chociaż może
po prostu była to moja świadomość tego, że ktoś na tym świecie
troszczy się o mnie. Świadomość w postaci z pozoru nic nie
znaczącego kubka herbaty.
Lubiłem
to uczucie. Mogłem czasem zbyt mocno zatracić się w nim, bo kiedy
babcia pytała "A pamiętasz, jak ci opowiadałam...?" nie
zawsze wiedziałem o co chodzi. Wyłączałem się na kilka minut i w
środku cieszyłem się jak pięcioletnie dziecko z cukierka. Tak
mijały moje dni...
Od rana w szkole, musiałem przeżyć wszystkie lekcje i kiedy słyszałem ten ostatni, upragniony dzwonek, niczym gepard za gazelą, gnałem do domu. A z rana zawsze wychodziłem ponury i z każdą godziną poprawiał mi się nastrój, bo wiedziałem, że coraz mniej czasu zostało do końca zajęć.
Reszta dnia była przyjemnością. Popołudniowe spacery, zwłaszcza te zimowe, stały się naszą, że tak powiem, tradycją. Tematy nigdy nam się nie kończyły. Miałem cichą nadzieję, że TEN dzień nie nadejdzie...
Że nigdy nie będę musiał tego przeżywać, że nigdy nie będę musiał się z nią żegnać, że ona zostanie na zawsze. Chciałem, żeby została. Ale przecież cudu bym nie uczynił. Któregoś dnia musiałem się z tym zmierzyć. Zmierzyć się z tym, czego tak bardzo się bałem, czego tak bardzo, nawet najbardziej w świecie, nie chciałem.
TEN dzień w końcu przyszedł i trzeba było iść z tym dalej.
Było tak...
Od rana w szkole, musiałem przeżyć wszystkie lekcje i kiedy słyszałem ten ostatni, upragniony dzwonek, niczym gepard za gazelą, gnałem do domu. A z rana zawsze wychodziłem ponury i z każdą godziną poprawiał mi się nastrój, bo wiedziałem, że coraz mniej czasu zostało do końca zajęć.
Reszta dnia była przyjemnością. Popołudniowe spacery, zwłaszcza te zimowe, stały się naszą, że tak powiem, tradycją. Tematy nigdy nam się nie kończyły. Miałem cichą nadzieję, że TEN dzień nie nadejdzie...
Że nigdy nie będę musiał tego przeżywać, że nigdy nie będę musiał się z nią żegnać, że ona zostanie na zawsze. Chciałem, żeby została. Ale przecież cudu bym nie uczynił. Któregoś dnia musiałem się z tym zmierzyć. Zmierzyć się z tym, czego tak bardzo się bałem, czego tak bardzo, nawet najbardziej w świecie, nie chciałem.
TEN dzień w końcu przyszedł i trzeba było iść z tym dalej.
Było tak...
Owego
dnia w szkole jak zwykle spałem. Nauczyciele już kilka razy
rozmawiali ze mną o moim kompletnym braku zainteresowania lekcjami,
ale nic z tym nie zrobili. Nie przydzielili mi nikogo do pomocy ani
nie powiadomili opiekuna. A raczej powinni. Odnosiłem wrażenie, że
wisiało im to, co uczniowie robią.
W każdym razie, kiedy wracałem ze szkoły znowu się uśmiechałem. Ale ten uśmiech zaczął znikać, gdy wszedłem do domu.
Nikogo nie było.
Rozejrzałem się uważnie, przeszedłem cały dom i znalazłem na stoliku kartkę."W lodówce jest jedzenie. Ja wrócę za jakiś tydzień, bo jestem w szpitalu.
Ale nie martw się, ponoć to nic poważnego.
Babcia."
Jakoś nie chciało mi się wierzyć. Wyszedłem z domu i pobiegłem na autobus, który zawiózł mnie do szpitala oddalonego o około 5 kilometrów.
Zapytałem w recepcji o osobę, której szukam, a i tak błąkałem się jak idiota szukając sali.
W końcu, gdy ją znalazłem, uśmiechnąłem się. Wszedłem i przywitałem się z babcią. Zapytałem co się stało.
Odpowiedziała mi, że bardzo źle się poczuła, ale karetka szybko przyjechała i jest już w miarę dobrze i nie muszę aż tak się martwić. Ale ja i tak się bałem.
W każdym razie, kiedy wracałem ze szkoły znowu się uśmiechałem. Ale ten uśmiech zaczął znikać, gdy wszedłem do domu.
Nikogo nie było.
Rozejrzałem się uważnie, przeszedłem cały dom i znalazłem na stoliku kartkę."W lodówce jest jedzenie. Ja wrócę za jakiś tydzień, bo jestem w szpitalu.
Ale nie martw się, ponoć to nic poważnego.
Babcia."
Jakoś nie chciało mi się wierzyć. Wyszedłem z domu i pobiegłem na autobus, który zawiózł mnie do szpitala oddalonego o około 5 kilometrów.
Zapytałem w recepcji o osobę, której szukam, a i tak błąkałem się jak idiota szukając sali.
W końcu, gdy ją znalazłem, uśmiechnąłem się. Wszedłem i przywitałem się z babcią. Zapytałem co się stało.
Odpowiedziała mi, że bardzo źle się poczuła, ale karetka szybko przyjechała i jest już w miarę dobrze i nie muszę aż tak się martwić. Ale ja i tak się bałem.
Pobyłem
tam jeszcze dwie godziny i zacząłem się zbierać. Była 18.
Wróciłem do domu i usiadłem na kanapie. Wbiłem wzrok w ścianę i
zamknąłem oczy. Zasnąłem.
Obudziłem się godzinę później, bo zadzwonił telefon.
- Słuchaam?.. - Odebrałem zaspanym głosem.
- Czy dodzwoniłem się do pana Ikonen?
- Tak, przy telefonie.
- Z tej strony dyrektor szpitala, prosiłbym o jak najszybsze przybycie.
- O co chodzi? Co się stało? - Podniosłem się z miejsca jakby to miało wymusić na nim odpowiedź.
- Wszystkiego dowie się pan na miejscu. - Odłożył słuchawkę.
Tym razem autobus mi uciekł, musiałem lecieć na pociąg.
Teraz już bardzo szybko znalazłem salę, której wcześniej szukałem ponad 10 minut. Od razu zacząłem dopytywać się co się dzieje, dlaczego musiałem przyjeżdżać. Oczywiście domyślałem się najgorszego. W duchu modliłem się, aby nie chodziło właśnie o to.
Obudziłem się godzinę później, bo zadzwonił telefon.
- Słuchaam?.. - Odebrałem zaspanym głosem.
- Czy dodzwoniłem się do pana Ikonen?
- Tak, przy telefonie.
- Z tej strony dyrektor szpitala, prosiłbym o jak najszybsze przybycie.
- O co chodzi? Co się stało? - Podniosłem się z miejsca jakby to miało wymusić na nim odpowiedź.
- Wszystkiego dowie się pan na miejscu. - Odłożył słuchawkę.
Tym razem autobus mi uciekł, musiałem lecieć na pociąg.
Teraz już bardzo szybko znalazłem salę, której wcześniej szukałem ponad 10 minut. Od razu zacząłem dopytywać się co się dzieje, dlaczego musiałem przyjeżdżać. Oczywiście domyślałem się najgorszego. W duchu modliłem się, aby nie chodziło właśnie o to.
Lekarz
podszedł do mnie i poprowadził na bok. Po jego spojrzeniu
wywnioskowałem, że dzieje się coś bardzo, ale to bardzo
niedobrego.
- Jak czuje się moja babcia?.. – zapytałem trochę niepewnie.
- Jej stan jest niestabilny, nie bardzo wiemy co mogło mieć na jej zdrowie taki wpływ. Z tego co słyszałem cieszyła się bardzo dobrą formą i z dnia na dzień ją zmogło. W każdym razie, co chciałbym panu przekazać, pańska babcia musi być pod stałą opieką przez najbliższe siedem lub osiem dni, zanim będziemy mogli stwierdzić co się stało. Chciałem załatwić to z panem osobiście, ponieważ musi pan podjąć pewną decyzję. Czy ma leżeć tutaj, czy wrócić do domu? Przypominam, że w wypadku chęci wypisania, konieczna jest dwudziestoczterogodzinna opieka z pana strony.
- Z tym nie będzie najmniejszego problemu – odpowiedziałem od razu – Zajmę się wszystkim, byle tylko była ze mną w domu.
- Tak więc proszę za mną.
Poszedłem za lekarzem uzgodnić kilka rzeczy. Mimo spokoju w głosie serce miałem w gardle. Sprawiało to wrażenie, jakby zaraz miało mi wyskoczyć na wieść, że zostanę sam. Starałem się jednak nie panikować, cieszyłem się, że mogłem zabrać ją do domu. Jeśli kilka dni nie będzie mnie w szkole, to przecież nic się nie stanie.
- Jak czuje się moja babcia?.. – zapytałem trochę niepewnie.
- Jej stan jest niestabilny, nie bardzo wiemy co mogło mieć na jej zdrowie taki wpływ. Z tego co słyszałem cieszyła się bardzo dobrą formą i z dnia na dzień ją zmogło. W każdym razie, co chciałbym panu przekazać, pańska babcia musi być pod stałą opieką przez najbliższe siedem lub osiem dni, zanim będziemy mogli stwierdzić co się stało. Chciałem załatwić to z panem osobiście, ponieważ musi pan podjąć pewną decyzję. Czy ma leżeć tutaj, czy wrócić do domu? Przypominam, że w wypadku chęci wypisania, konieczna jest dwudziestoczterogodzinna opieka z pana strony.
- Z tym nie będzie najmniejszego problemu – odpowiedziałem od razu – Zajmę się wszystkim, byle tylko była ze mną w domu.
- Tak więc proszę za mną.
Poszedłem za lekarzem uzgodnić kilka rzeczy. Mimo spokoju w głosie serce miałem w gardle. Sprawiało to wrażenie, jakby zaraz miało mi wyskoczyć na wieść, że zostanę sam. Starałem się jednak nie panikować, cieszyłem się, że mogłem zabrać ją do domu. Jeśli kilka dni nie będzie mnie w szkole, to przecież nic się nie stanie.
Do
domu wróciliśmy około godziny 20. Zrobiłem kolację i
zaprowadziłem babcię do jej sypialni. Później poszedłem do
łazienki i nalałem wody do wanny z zamiarem 40-minutowej kąpieli.
Odgłos lejącej się wody był dla mnie bardzo przyjemny. W tym
czasie patrzyłem w lustro. Widziałem tylko zagubionego chłopca,
który stracił rodziców i znienawidził ich za ich odejście.
Chłopca, który chciał krzyczeć najgłośniej jak potrafił, z
bólu i samotności… i bezradności. Chłopca, który, choćby
chciał, nie mógł zrobić nic. Tak w rzeczywistości było. Bo co
mogłem? Absolutnie nic. Pewnie teraz ktoś pomyślałby "No i co? Co z TYM dniem?". Z pozoru wszystko było dobrze.. Ale ten dzień wpłynął na wszystkie kolejne.
Kiedy
poziom wody osiągnął taki, który mi odpowiadał, wlazłem do
wanny trochę bez gracji, wylewając jej nieco. Zanurzyłem się cały
i pogrążyłem w myślach. Co teraz? Co zrobię ze sobą, jeśli
zostanę sam… W głębi siebie jednak czułem, że potrzebuję
kogoś, z kim mógłbym rozmawiać, poza babcią… Niby nie chciałem
szukać przyjaciół, bo wszyscy otaczający mnie ludzie wydawali się
zbyt zaabsorbowani sobą i swoim imprezowym życiem prywatnym.
Czasami nawet chciałem wrócić do Helsinek, skąd pochodziłem.
Kiedy rodzice wyjechali, zamieszkałem z babcią w Anglii. Tęskniłem
za swoim miastem. I za swoim krajem. Oh,
Finlandio…
Jestem ciekawa co będzie dalej, więc czekam z niecierpliwością na dalszą część. (:
OdpowiedzUsuńjOJ CAŁKIEM FAJNE TO OPOWIADANIE *--* SWIETNIE PISZESZ PODOBA MI SIĘ SKŁAD ZDANIA I WGL CAŁE TE JEGO PRZEMYŚLENIA <3
OdpowiedzUsuń