Miłego... I obyście nigdy nie musieli przeżywać tak potwornej olewki ze strony lekarzy.
Całą
noc myślałem… O wszystkim i o niczym. Kiedyś
tam wrócę. Kiedyś, kiedy już nic mi nie zostanie… Tak
strasznie się bałem. Nie byłem pewny, co zrobię. Układałem
sobie w głowie dziesięć scenariuszy, zastanawiając się, który
byłoby najlepiej wykorzystać w razie jakiegoś nagłego wypadku.
Może
dobrze byłoby sprzedać dom i polecieć do Helsinek… Na
pewno tak. Na pewno właśnie to będzie mój cel. Żeby znaleźć
się znów w domu.
Kiedy
w końcu udało mi się zasnąć, przez całą noc nie obudził mnie
żaden dźwięk. Nawet burza, o której dowiedziałem się od babci,
że szalała w nocy. Ja to jednak miałem twardy sen. Trąby mnie nie
budzą. Z jednej strony to wada, powinienem być do dyspozycji o
każdej porze dnia i nocy. Musiałem coś z tym zrobić. W obecnej
sytuacji konieczna była pomoc z mojej strony.
Zrobiłem śniadanie zaraz po dźwignięciu się z łóżka. Babcia już siedziała na dole i oglądała telewizję na kanapie.
- Dzień dobry, babciu – przywitałem się z nią.
- Dzień dobry, Lauri – odpowiedziała mi.
- Dobrze spałaś? Nie budziłaś się w nocy?
- Wszystko było w porządku, nawet czuję się lepiej.
Bardzo się z tego cieszyłem. Uśmiechnąłem się tylko w odpowiedzi i poszedłem do kuchni coś przygotować.
- Nie idziesz do szkoły?
- Nie mogę. Lekarz powiedział, że mogę Cię zabrać do domu tylko pod warunkiem, że będę z Tobą cały dzień i nie odstąpię cię na krok. Szkoła poczeka. Dam sobie radę.
- Tylko proszę cię, nie zaniedbuj lekcji za bardzo. Może weź zeszyty i książki i poczytaj niektóre tematy z tego tygodnia?
Ah, dokładnie taka była. Troszczyła się o mnie jak nikt inny. Przystałem na jej prośbę.
- W porządku, przeglądnę książki.
Wróciłem do robienia śniadania. Zalewając herbatę zamyśliłem się. Przypomniałem sobie, że mamy już listopad, więc już niedługo powinien spaść śnieg i wrócą zimowe spacery. Czekałem na to niecierpliwie. Tak bardzo niecierpliwie, że myśląc o tym nie zauważyłem, że przelewam kubek, a woda swobodnie leci z blatu na podłogę.
- Jestem niezdarą jakich mało… - mruknąłem do siebie.
Powycierałem wszystko i po zaniesieniu śniadania z herbatą na stolik w salonie zmyłem podłogę. Muszę w końcu wziąć się za siebie, bo jak tak dalej pójdzie, to kiedyś zgubię głowę. W telewizji leciała pewna piosenka. To była „Carrie” zespołu Europe.
- Opowiadałam Ci, że kiedyś tańczyłam z dziadkiem właśnie na tej piosence?.. – zaczęła mi opowiadać, jak to było, kiedy się zakochała. Ciągnęła opowieść przez 15 minut, więc wstałem i zrobiłem więcej herbaty. Słuchałem piosenki i jej słów, starając się również wyłapać treść opowiadania babci. Może to wydawało się dziwne, ale tak bardzo kochałem tego słuchać. To było piękne. Piękne jest to, jak w towarzystwie osoby, która jest od Ciebie dużo, dużo starsza, można się dobrze czuć. Większość osób w moim wieku przecież myśli wyłącznie o sobie. O sobie, o tym, czego chcą, albo o tym, jak osiągnąć sławę. To wszystko było takie płytkie, bez sensu, bez żadnej przyszłości… Mogliby chociaż raz zwrócić uwagę na ludzi wokół nich. Na ludzi, z którymi być może mieszkają, którzy ich kochają, a tracą. Na rodziców.. bądź dziadków. Moim zdaniem byli za mało doceniani. Ludzie, dopiero gdy dorastają zaczynają widzieć rzeczy, które kiedyś dla nich nie istniały. Dopiero później, kiedy już wszystko jest stracone, myślą o tym, jak bardzo teraz potrzebują tych osób, które ich nie obchodziły. To było smutne. Jest i będzie nadal. Bo to się nie zmieni. Świat staje się coraz gorszy, wiedziałem o tym i balem się wszystkiego wokół. Czy to już można nazwać fobią społeczną? Albo może to ludzie bali się mnie, a ja o tym nie wiedziałem?
- Byłam bardzo szczęśliwa – powiedziała. Wtedy oprzytomniałem i na nowo zacząłem jej słuchać. Uświadomiłem sobie, że uciekłem do swojego świata na kilka minut. Wróciłem do rzeczywistości.
- Wiem, babciu. Jesteś jeszcze szczęśliwa? – zapytałem, ale zaraz pomyślałem, że zrobiłem źle.
- Jeszcze jestem – odpowiedziała mi. – Mając ciebie, wszystko jest jeszcze dobrze.
Ucieszyłem się w głębi siebie.
- Idę do łazienki, zaraz wrócę.
- W porządku.
Popatrzyłem w lustro i co zobaczyłem? Niezdarnego mnie. Może nawet na takiego wyglądałem? Miałem długie, mniej więcej do łopatek, jasne blond włosy i niebieskoszare oczy... i raczej nie sprawiałem wrażenia groźnego. Byłem w sumie dość wysoki, miałem 181 centymetrów wzrostu. Nigdy jakoś specjalnie nie interesował mnie mój wygląd i to, jak jest odbierany. Byłem taki, jaki chciałem być dla siebie. Nieważne, czy komuś się to podobało, czy nie. W końcu, gdyby ktoś wytknął mi, ze wyglądam źle, i tak bym się nie zmienił. Uważałem, że nie warto zmieniać się dla kogoś na jego prośbę. A już na pewno nie z wyglądu. Co innego, gdy ktoś udziela rady dotyczącej na przykład zachowania, czy czegoś w tym rodzaju. Gdyby moja babcia widziała we mnie coś złego, zaraz starałbym się to naprawić… A może to jest kwestia tego, jak bliska jest ci osoba wypowiadająca takie słowa… Tak, myślałem, że to w dużej mierze miało wpływ na reakcję. W każdym razie, znów pozwoliłem sobie pogrążyć się w myślach. Wyszedłem więc z łazienki i po drodze do salonu zabrałem ze swojego pokoju laptopa.
- Już jestem.
- Chcesz słuchać dalej?
- Owszem.
Podłączyłem urządzenie do prądu i babcia znów zaczęła mówić. Słuchałem każdego jej zdania, wyłapywałem każdą myśl. Najbardziej interesujące były zawsze opowieści z jej młodości. Miała tyle wspomnień, nigdy nie brakowało jej rzeczy, o których mogłaby mi mówić. Tak, zdecydowanie była wyjątkową osobą.
Zrobiłem śniadanie zaraz po dźwignięciu się z łóżka. Babcia już siedziała na dole i oglądała telewizję na kanapie.
- Dzień dobry, babciu – przywitałem się z nią.
- Dzień dobry, Lauri – odpowiedziała mi.
- Dobrze spałaś? Nie budziłaś się w nocy?
- Wszystko było w porządku, nawet czuję się lepiej.
Bardzo się z tego cieszyłem. Uśmiechnąłem się tylko w odpowiedzi i poszedłem do kuchni coś przygotować.
- Nie idziesz do szkoły?
- Nie mogę. Lekarz powiedział, że mogę Cię zabrać do domu tylko pod warunkiem, że będę z Tobą cały dzień i nie odstąpię cię na krok. Szkoła poczeka. Dam sobie radę.
- Tylko proszę cię, nie zaniedbuj lekcji za bardzo. Może weź zeszyty i książki i poczytaj niektóre tematy z tego tygodnia?
Ah, dokładnie taka była. Troszczyła się o mnie jak nikt inny. Przystałem na jej prośbę.
- W porządku, przeglądnę książki.
Wróciłem do robienia śniadania. Zalewając herbatę zamyśliłem się. Przypomniałem sobie, że mamy już listopad, więc już niedługo powinien spaść śnieg i wrócą zimowe spacery. Czekałem na to niecierpliwie. Tak bardzo niecierpliwie, że myśląc o tym nie zauważyłem, że przelewam kubek, a woda swobodnie leci z blatu na podłogę.
- Jestem niezdarą jakich mało… - mruknąłem do siebie.
Powycierałem wszystko i po zaniesieniu śniadania z herbatą na stolik w salonie zmyłem podłogę. Muszę w końcu wziąć się za siebie, bo jak tak dalej pójdzie, to kiedyś zgubię głowę. W telewizji leciała pewna piosenka. To była „Carrie” zespołu Europe.
- Opowiadałam Ci, że kiedyś tańczyłam z dziadkiem właśnie na tej piosence?.. – zaczęła mi opowiadać, jak to było, kiedy się zakochała. Ciągnęła opowieść przez 15 minut, więc wstałem i zrobiłem więcej herbaty. Słuchałem piosenki i jej słów, starając się również wyłapać treść opowiadania babci. Może to wydawało się dziwne, ale tak bardzo kochałem tego słuchać. To było piękne. Piękne jest to, jak w towarzystwie osoby, która jest od Ciebie dużo, dużo starsza, można się dobrze czuć. Większość osób w moim wieku przecież myśli wyłącznie o sobie. O sobie, o tym, czego chcą, albo o tym, jak osiągnąć sławę. To wszystko było takie płytkie, bez sensu, bez żadnej przyszłości… Mogliby chociaż raz zwrócić uwagę na ludzi wokół nich. Na ludzi, z którymi być może mieszkają, którzy ich kochają, a tracą. Na rodziców.. bądź dziadków. Moim zdaniem byli za mało doceniani. Ludzie, dopiero gdy dorastają zaczynają widzieć rzeczy, które kiedyś dla nich nie istniały. Dopiero później, kiedy już wszystko jest stracone, myślą o tym, jak bardzo teraz potrzebują tych osób, które ich nie obchodziły. To było smutne. Jest i będzie nadal. Bo to się nie zmieni. Świat staje się coraz gorszy, wiedziałem o tym i balem się wszystkiego wokół. Czy to już można nazwać fobią społeczną? Albo może to ludzie bali się mnie, a ja o tym nie wiedziałem?
- Byłam bardzo szczęśliwa – powiedziała. Wtedy oprzytomniałem i na nowo zacząłem jej słuchać. Uświadomiłem sobie, że uciekłem do swojego świata na kilka minut. Wróciłem do rzeczywistości.
- Wiem, babciu. Jesteś jeszcze szczęśliwa? – zapytałem, ale zaraz pomyślałem, że zrobiłem źle.
- Jeszcze jestem – odpowiedziała mi. – Mając ciebie, wszystko jest jeszcze dobrze.
Ucieszyłem się w głębi siebie.
- Idę do łazienki, zaraz wrócę.
- W porządku.
Popatrzyłem w lustro i co zobaczyłem? Niezdarnego mnie. Może nawet na takiego wyglądałem? Miałem długie, mniej więcej do łopatek, jasne blond włosy i niebieskoszare oczy... i raczej nie sprawiałem wrażenia groźnego. Byłem w sumie dość wysoki, miałem 181 centymetrów wzrostu. Nigdy jakoś specjalnie nie interesował mnie mój wygląd i to, jak jest odbierany. Byłem taki, jaki chciałem być dla siebie. Nieważne, czy komuś się to podobało, czy nie. W końcu, gdyby ktoś wytknął mi, ze wyglądam źle, i tak bym się nie zmienił. Uważałem, że nie warto zmieniać się dla kogoś na jego prośbę. A już na pewno nie z wyglądu. Co innego, gdy ktoś udziela rady dotyczącej na przykład zachowania, czy czegoś w tym rodzaju. Gdyby moja babcia widziała we mnie coś złego, zaraz starałbym się to naprawić… A może to jest kwestia tego, jak bliska jest ci osoba wypowiadająca takie słowa… Tak, myślałem, że to w dużej mierze miało wpływ na reakcję. W każdym razie, znów pozwoliłem sobie pogrążyć się w myślach. Wyszedłem więc z łazienki i po drodze do salonu zabrałem ze swojego pokoju laptopa.
- Już jestem.
- Chcesz słuchać dalej?
- Owszem.
Podłączyłem urządzenie do prądu i babcia znów zaczęła mówić. Słuchałem każdego jej zdania, wyłapywałem każdą myśl. Najbardziej interesujące były zawsze opowieści z jej młodości. Miała tyle wspomnień, nigdy nie brakowało jej rzeczy, o których mogłaby mi mówić. Tak, zdecydowanie była wyjątkową osobą.
W
miarę jak kontynuowała swoją opowieść popijałem herbatę.
Słyszałem, jak stopniowo zbliża się burza. Ona się jej bała. I
tylko ja tak naprawdę wiedziałem, dlaczego tak było.
- Lauri… Proszę cię, zamknij okna i wyłącz wszystko – poprosiła mnie. Bardzo, bardzo się bała.
Wyłączyłem co było trzeba i pozamykałem okna, zasłoniłem je również. To była dziwna historia… Kochała burzę kiedyś, tak jak dziadek. Miałem to po nich. Chyba faktycznie geny dziedziczy się co drugie pokolenie. Uwielbiałem spacery w deszczu, grzmoty… Te piękne i zarazem niebezpieczne błyskawice. Ale u babci to się zmieniło. Wraz z dniem śmierci jej męża. Pewnego razu, kiedy wracali z cmentarza, kiedy byli już przy bramie wyjściowej, piorun uderzył. Uderzył z tak wielką siłą właśnie w niego. Do dziś pamiętam jej krzyk i szloch, który słyszałem jak biegła do mnie, by o wszystkim mi opowiedzieć. I pamiętam widok dziadka. Był straszny. Wszystko było wtedy straszne. Chodząc po cmentarzu, odnosiłem wrażenie, że nie chodzę sam. Dosłownie czułem oddech na plecach. Jak to możliwe? Odwracałem się co dwadzieścia sekund z wyrazem panicznego strachu w oczach, przeszywającego mnie na wskroś.
To uderzenie było tak silne.. Tak silne, że z banknotu, który dziadek miał w kieszeni koszuli, został tylko ten cienki kawałeczek metalu. Moje przerażenie sięgało zenitu, kiedy patrzyłem na to. Chciałem odwrócić wzrok, zrobić cokolwiek, żeby tylko na to nie patrzeć. A jednak tkwiłem w tak wielkim szoku, że nie potrafiłem poruszyć palcem. Poczułem, że całe życie mojej babci się zawali. Nie wiedziałem co się z nią stanie. Miała wtedy długą depresję. Starałem się jak mogłem, żeby ją z tego wyciągnąć. Chodziłem po wszystkich możliwych przychodniach, poradniach psychologicznych, ba!, nawet psychiatrycznych… Zamykała się w sobie i nie odzywała się przez jakiś tydzień. Później wracała do żywych na kilka dni. I znowu się zamykała… Oczy jej szarzały i nie słyszała ani nie rozpoznawała nikogo, kto do niej mówił. A kiedy była burza, chowała się. Autentycznie się chowała. Płakała, gdy tylko usłyszała grzmot, gdy zobaczyła piorun... Zamykała się w jakimś pomieszczeniu w domu, nieważne było dla niej w jakim. Po prostu wchodziła tam, zamykała drzwi, skulała się i siedziała tam aż burza dobiegła końca. Zawsze potem kładła się w salonie i po jakimś czasie zasypiała. A ja tylko patrzyłem na nią bezradnie, o resztkach sił. Nie wytrzymywałem psychicznie patrząc, jak osoba, którą kocham, tak cierpi.
- Dziękuję. Wiesz, że cię kocham? Bardzo. Czasem myślę, że to ja najbardziej cię kocham. Z nikim nie potrafiłam tak rozmawiać. Jak byłam młoda, to nikt mnie tak naprawdę nie lubił. Ah… Miałam ci o czymś powiedzieć... – niepewnie spojrzała na mnie. Poczułem, jak przebiega mi po plecach lekki dreszcz. Ni to przerażenie, ni ciekawość.
- Lauri… Proszę cię, zamknij okna i wyłącz wszystko – poprosiła mnie. Bardzo, bardzo się bała.
Wyłączyłem co było trzeba i pozamykałem okna, zasłoniłem je również. To była dziwna historia… Kochała burzę kiedyś, tak jak dziadek. Miałem to po nich. Chyba faktycznie geny dziedziczy się co drugie pokolenie. Uwielbiałem spacery w deszczu, grzmoty… Te piękne i zarazem niebezpieczne błyskawice. Ale u babci to się zmieniło. Wraz z dniem śmierci jej męża. Pewnego razu, kiedy wracali z cmentarza, kiedy byli już przy bramie wyjściowej, piorun uderzył. Uderzył z tak wielką siłą właśnie w niego. Do dziś pamiętam jej krzyk i szloch, który słyszałem jak biegła do mnie, by o wszystkim mi opowiedzieć. I pamiętam widok dziadka. Był straszny. Wszystko było wtedy straszne. Chodząc po cmentarzu, odnosiłem wrażenie, że nie chodzę sam. Dosłownie czułem oddech na plecach. Jak to możliwe? Odwracałem się co dwadzieścia sekund z wyrazem panicznego strachu w oczach, przeszywającego mnie na wskroś.
To uderzenie było tak silne.. Tak silne, że z banknotu, który dziadek miał w kieszeni koszuli, został tylko ten cienki kawałeczek metalu. Moje przerażenie sięgało zenitu, kiedy patrzyłem na to. Chciałem odwrócić wzrok, zrobić cokolwiek, żeby tylko na to nie patrzeć. A jednak tkwiłem w tak wielkim szoku, że nie potrafiłem poruszyć palcem. Poczułem, że całe życie mojej babci się zawali. Nie wiedziałem co się z nią stanie. Miała wtedy długą depresję. Starałem się jak mogłem, żeby ją z tego wyciągnąć. Chodziłem po wszystkich możliwych przychodniach, poradniach psychologicznych, ba!, nawet psychiatrycznych… Zamykała się w sobie i nie odzywała się przez jakiś tydzień. Później wracała do żywych na kilka dni. I znowu się zamykała… Oczy jej szarzały i nie słyszała ani nie rozpoznawała nikogo, kto do niej mówił. A kiedy była burza, chowała się. Autentycznie się chowała. Płakała, gdy tylko usłyszała grzmot, gdy zobaczyła piorun... Zamykała się w jakimś pomieszczeniu w domu, nieważne było dla niej w jakim. Po prostu wchodziła tam, zamykała drzwi, skulała się i siedziała tam aż burza dobiegła końca. Zawsze potem kładła się w salonie i po jakimś czasie zasypiała. A ja tylko patrzyłem na nią bezradnie, o resztkach sił. Nie wytrzymywałem psychicznie patrząc, jak osoba, którą kocham, tak cierpi.
- Dziękuję. Wiesz, że cię kocham? Bardzo. Czasem myślę, że to ja najbardziej cię kocham. Z nikim nie potrafiłam tak rozmawiać. Jak byłam młoda, to nikt mnie tak naprawdę nie lubił. Ah… Miałam ci o czymś powiedzieć... – niepewnie spojrzała na mnie. Poczułem, jak przebiega mi po plecach lekki dreszcz. Ni to przerażenie, ni ciekawość.
Świetnie napisane.
OdpowiedzUsuńAch, jeżeli się nie mylę to jeszcze nie koniec?
Dziękuję. Nie, to nie koniec. Spokojnie. Mam już gotową kolejną część, ale na razie nie mam zbytnio dostępu, żeby ją opublikować.. Postaram się jak najszybciej. :c
OdpowiedzUsuńJEJU TO JEST ŚWIETNE...TAK BARDZO PODOBA I SIE TO OPOWIADANIE ,ŻE...NIE WIEM JAK MOŻNA TO OPISAĆ ;*
OdpowiedzUsuńDziękuję bardzo. c: Staram się pisać całym sercem. Jeśli mam taki narząd w sobie. o.O
OdpowiedzUsuń