poniedziałek, 15 lipca 2013

Halo. ;_;

Shieeru, bez tytułu to nie był oneshot. ;_;
Ah, witam was po tej jakże pięknej tygodniowej przerwie, nijak kur*a jego mać nie jest mi lepiej.
Wyżywam się zabijając w myślach ludzi.
Tymczasem...
Pamiętacie moje "bez tytułu"? Postanowiłam..
iż będę pisała dalej. Tzn, nie typowe dalej, a "bliżej", tzn, to, co było wcześniej.
Na przykład powiązanie tego, co czytaliście o śmierci matki Valo, znajdzie się w tym "bliżej".
Takie coś.. No, powiedzmy, ze chciałabym napisać książkę. Trzeba ją jakoś zacząć, co nie? No właśnie tak.. chcę takie coś zrobić.
Miłego!

Co byś zrobił, gdyby o piątej nad ranem zadzwonił twój telefon, a patrząc zaspany na wyświetlacz zobaczyłbyś jedynie „numer zastrzeżony”? Pewnie zastanawiałbyś się o co chodzi, któż mógłby dzwonić z numeru zastrzeżonego o tak wariackiej porze. Nigdy w życiu nie przyszłoby ci do głowy, że dzwoni do ciebie porywacz trzymający nóż przy krtani jednego z członków twojej rodziny. A jednak.
Wszystko we mnie zaczęło wołać o pomoc, nie wiedziałem co mam robić słysząc zachrypnięty głos mówiący do mnie „Albo ona, albo ty!”. Chciałem schować się pod łóżkiem, jak pięcioletnie dziecko, które boi się hałasów nadchodzących z sąsiedniego pokoju. Ale.. miałem zaraz osiemnaście lat, nie wypadało zachować się tak w sytuacji zagrożenia życia. Wybiegłem z pokoju i zacząłem budzić siostrę.
- Cassie! Obudź się! Proszę, wstawaj!
- Opanuj się idioto, wiesz która jest godzina? - miła i taktowna jak zawsze.
Wiem, inaczej bym cię nie budził, księżniczko. - nie miałem czasu na dogryzanie, więc szybko zacząłem mówić dalej. - Musimy lecieć na dworzec, migiem, teraz. Sprawdź telefon, czy masz nieodebrane połączenia, wszystko ci wyjaśnię po drodze.
Niemal wyciągnąłem ją z łóżka i rzuciłem pod nogi jakieś ubrania, wciąż ją poganiając i mówiąc, że sprawa jest poważna. Zanim jednak dotarliśmy na umówione miejsce minęło 40 minut. Z sercem podchodzącym do gardła brnąłem do dworca między ludźmi tłoczącymi się przy nocnych knajpach, ciągnąc za sobą Cassie. Ku naszemu zdziwieniu hala dworcowa była pusta, nikt nie czekał na żaden pociąg ani nie stał przy kasie. Przerażało mnie to odrobinę, ale szliśmy dalej. Nigdzie nie było widać żywej duszy. Bałem się, że zabrali ją gdzieś ze sobą, bo przybyliśmy za późno. Nie poddawałem się.
- Sprawdź na peronie drugim, ja pójdę na pierwszy – powiedziałem do siostry i pobiegłem w kierunku schodów.
Łaziłem wzdłuż i wszerz betonowego wzniesienia szukając jakiegokolwiek śladu obecności porywaczy, czułem się bezsilny. Pierwszy raz w życiu tak beznadziejny... Myślałem, że już wszystko stracone. Wtedy usłyszałem krzyk. Krzyk Cassie, zdławione i cichnące wołanie o pomoc. Zeskoczyłem z peronu i pobiegłem przez tory do drugiego. Wskoczyłem na niego, przebiegłem na drugą stronę i zeskoczyłem po raz kolejny. Odwróciłem głowę i zobaczyłem moją mamę nieprzytomną na ziemi przy szynach i dwóch porywaczy trzymających moją siostrę. Myślałem, ze dostanę zawału. Stałem przed nimi nie wiedząc co mam robić. W końcu jeden z nich odezwał się.
          - I co, tchórzu, będziesz tak stał i gapił się na nas? Nie zechcesz rzucić się na ratunek swojej rodzinie? - Odebrałem to jako prowokację, więc nic nie zrobiłem. - No dalej, skocz mi do gardła, a wtedy i ty pożegnasz się z życiem, ćpunie.
Właśnie... To był cios w samo sedno. Nie miałem pojęcia jak wybrnąć, aby nie ucierpiała ani mama, ani Cassie. A trzeba było jeszcze utrzymać to w tajemnicy.
- Puść ją i odeślij z matką do domu.
- Na jakiej podstawie, smarkaczu? - splunął na ziemię tuż przede mną.
- Odpowiem za wszystko. - Siostra popatrzyła tylko zdumiona na mnie i pokręciła głową w miarę możliwości. - Na pewno. Tylko je puść obie wolno.
- Dobra stary, zostaw je, niech idą. - Nakazał wspólnikowi. 
- Kiedy już ich nie było podszedł do mnie i spojrzał mi prosto w oczy z wyrazem pogardy.
- Valo... Hahaha. Czyż nie o tobie ciągle dochodzą nas słuchy, wśród ciemnych ulic i bloków..? Valo, Valo, Valo... Ciekawa ksywka. Mały, zasmarkany dzieciak diler. Wydaje ci się, że to takie proste. Nie, młody. Przez ciebie mamy cholerny kryzys. Przez ciebie i twój idealny towar. Zapomniałeś już, gdzie zacząłeś? - zapytał mnie. Szczerze mówiąc.. nie. Nie pamiętałem. - Wszystko, w co jesteśmy uwikłani od pół roku... To wszystko twoja pieprzona zasługa. Długi, głód... Nie wiesz jak to jest. Przez ciebie straciliśmy Lemmy'ego.
- Jak straciliście?! Co się z nim dzieje? Co się stało? - nie miałem zielonego pojęcia o czym w tamtej chwili mówił.
- Zdechł! Zdechł przez ciebie szmato! - po tych słowach nabrał siły i uderzył mnie w twarz, aż przewróciłem się na tory. Z trudem zebrałem się w sobie i podniosłem.
- Dlaczego ma to być moja wina? - Wykrztusiłem.
- Zostawiłeś nas na lodzie, idioto! Kiedy cię potrzebowaliśmy uciekłeś od nas, a sam zacząłeś się wybijać, zamiast z godnością nas wspierać. Choćbyśmy staczali się wszyscy razem, mielibyśmy tę świadomość, że nasz przyjaciel nie był zniewieściałą suką i nie zostawił nas w potrzebie. Pomyśl trochę, dziecko.
- Jeżeli tylko o to chodzi... Po co był ten cyrk z porwaniem?
- Ty nic nie wiesz o życiu.. Wiesz, jak to jest stracić kogoś, kto był przy tobie całe życie? Dowiesz się. Bo ona już się nie obudzi.
- Co ty.. - stanąłem jak wryty nie mogąc nic więcej powiedzieć. Co oni jej zrobili? W głowie setki myśli... Czy już było za późno? Nie wiedziałem. Byłem pewien, że jeśli coś jeszcze dało się zrobić, to Cassie się tym zajmie. To mnie trochę uspokajało. Jednak dalej coś we mnie trzęsło się, odczuwałem strach. Naprawdę... balem się. Ale nigdy nie umiałem okazywać uczuć otwarcie. Pękałem z bólu psychicznego i fizycznego, po ciosie od, niegdyś, przyjaciela. Mimo wszystko wiedziałem, że sam sobie nagrabiłem. To było nieco ponad pół roku temu... Dokładnie tego nie pamiętałem... Bo wtedy po raz pierwszy byłem pod wpływem ciężkich narkotyków. W ogóle jakichkolwiek. Ta historia była tak skomplikowana, że nawet nie wiedziałem jak mam ją opowiedzieć osobie, która mnie pytała jak zacząłem.
- Nic nie warty leszcz... - to mówiąc po raz kolejny mi przyłożył. Tym razem aż zrobiło mi się ciemno przed oczami. Skubany był silny! Sterydy robią swoje...
- Zostaw mnie... - to go tylko sprowokowało.
- O nie... przyjaciele swoich nie zostawiają! - zaczął bić mnie bez przerwy przez kilka minut, aż straciłem przytomność. Obudziłem się w domu.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz