Ah, witam was po tej jakże pięknej tygodniowej przerwie, nijak kur*a jego mać nie jest mi lepiej.
Wyżywam się zabijając w myślach ludzi.
Tymczasem...
Pamiętacie moje "bez tytułu"? Postanowiłam..
iż będę pisała dalej. Tzn, nie typowe dalej, a "bliżej", tzn, to, co było wcześniej.
Na przykład powiązanie tego, co czytaliście o śmierci matki Valo, znajdzie się w tym "bliżej".
Takie coś.. No, powiedzmy, ze chciałabym napisać książkę. Trzeba ją jakoś zacząć, co nie? No właśnie tak.. chcę takie coś zrobić.
Miłego!
Co byś zrobił,
gdyby o piątej nad ranem zadzwonił twój telefon, a patrząc
zaspany na wyświetlacz zobaczyłbyś jedynie „numer zastrzeżony”?
Pewnie zastanawiałbyś się o co chodzi, któż mógłby dzwonić z
numeru zastrzeżonego o tak wariackiej porze. Nigdy w życiu nie
przyszłoby ci do głowy, że dzwoni do ciebie porywacz trzymający
nóż przy krtani jednego z członków twojej rodziny. A jednak.
Wszystko we mnie
zaczęło wołać o pomoc, nie wiedziałem co mam robić słysząc
zachrypnięty głos mówiący do mnie „Albo ona, albo ty!”.
Chciałem schować się pod łóżkiem, jak pięcioletnie dziecko,
które boi się hałasów nadchodzących z sąsiedniego pokoju. Ale..
miałem zaraz osiemnaście lat, nie wypadało zachować się tak w
sytuacji zagrożenia życia. Wybiegłem z pokoju i zacząłem budzić
siostrę.
- Cassie! Obudź się! Proszę,
wstawaj!
- Opanuj się idioto, wiesz która
jest godzina? - miła i taktowna jak zawsze.
Wiem, inaczej bym cię
nie budził, księżniczko. - nie miałem czasu na dogryzanie, więc
szybko zacząłem mówić dalej. - Musimy lecieć na dworzec, migiem,
teraz. Sprawdź telefon, czy masz nieodebrane połączenia, wszystko
ci wyjaśnię po drodze.
Niemal wyciągnąłem
ją z łóżka i rzuciłem pod nogi jakieś ubrania, wciąż ją
poganiając i mówiąc, że sprawa jest poważna. Zanim jednak
dotarliśmy na umówione miejsce minęło 40 minut. Z sercem
podchodzącym do gardła brnąłem do dworca między ludźmi
tłoczącymi się przy nocnych knajpach, ciągnąc za sobą Cassie.
Ku naszemu zdziwieniu hala dworcowa była pusta, nikt nie czekał na
żaden pociąg ani nie stał przy kasie. Przerażało mnie to
odrobinę, ale szliśmy dalej. Nigdzie nie było widać żywej duszy.
Bałem się, że zabrali ją gdzieś ze sobą, bo przybyliśmy za
późno. Nie poddawałem się.
- Sprawdź na peronie drugim, ja
pójdę na pierwszy – powiedziałem do siostry i pobiegłem w
kierunku schodów.
Łaziłem wzdłuż i wszerz betonowego
wzniesienia szukając jakiegokolwiek śladu obecności porywaczy,
czułem się bezsilny. Pierwszy raz w życiu tak beznadziejny...
Myślałem, że już wszystko stracone. Wtedy usłyszałem krzyk.
Krzyk Cassie, zdławione i cichnące wołanie o pomoc. Zeskoczyłem z
peronu i pobiegłem przez tory do drugiego. Wskoczyłem na niego,
przebiegłem na drugą stronę i zeskoczyłem po raz kolejny.
Odwróciłem głowę i zobaczyłem moją mamę nieprzytomną na ziemi
przy szynach i dwóch porywaczy trzymających moją siostrę.
Myślałem, ze dostanę zawału. Stałem przed nimi nie wiedząc co
mam robić. W końcu jeden z nich odezwał się.
- I co, tchórzu, będziesz tak stał
i gapił się na nas? Nie zechcesz rzucić się na ratunek swojej
rodzinie? - Odebrałem to jako prowokację, więc nic nie zrobiłem.
- No dalej, skocz mi do gardła, a wtedy i ty pożegnasz się z
życiem, ćpunie.
Właśnie... To był
cios w samo sedno. Nie miałem pojęcia jak wybrnąć, aby nie
ucierpiała ani mama, ani Cassie. A trzeba było jeszcze utrzymać to
w tajemnicy.
- Puść ją i odeślij z matką do
domu.
- Na jakiej podstawie, smarkaczu? -
splunął na ziemię tuż przede mną.
- Odpowiem za wszystko. - Siostra
popatrzyła tylko zdumiona na mnie i pokręciła głową w miarę
możliwości. - Na pewno. Tylko je puść obie wolno.
- Dobra stary, zostaw je, niech idą.
- Nakazał wspólnikowi.
- Kiedy już ich nie było podszedł do
mnie i spojrzał mi prosto w oczy z wyrazem pogardy.
- Valo... Hahaha. Czyż nie o tobie
ciągle dochodzą nas słuchy, wśród ciemnych ulic i bloków..?
Valo, Valo, Valo... Ciekawa ksywka. Mały, zasmarkany dzieciak
diler. Wydaje ci się, że to takie proste. Nie, młody. Przez
ciebie mamy cholerny kryzys. Przez ciebie i twój idealny towar.
Zapomniałeś już, gdzie zacząłeś? - zapytał mnie. Szczerze
mówiąc.. nie. Nie pamiętałem. - Wszystko, w co jesteśmy
uwikłani od pół roku... To wszystko twoja pieprzona zasługa.
Długi, głód... Nie wiesz jak to jest. Przez ciebie straciliśmy
Lemmy'ego.
- Jak straciliście?! Co się z nim
dzieje? Co się stało? - nie miałem zielonego pojęcia o czym w
tamtej chwili mówił.
- Zdechł! Zdechł przez ciebie
szmato! - po tych słowach nabrał siły i uderzył mnie w twarz, aż
przewróciłem się na tory. Z trudem zebrałem się w sobie i
podniosłem.
- Dlaczego ma to być moja wina? -
Wykrztusiłem.
- Zostawiłeś nas na lodzie,
idioto! Kiedy cię potrzebowaliśmy uciekłeś od nas, a sam
zacząłeś się wybijać, zamiast z godnością nas wspierać.
Choćbyśmy staczali się wszyscy razem, mielibyśmy tę świadomość,
że nasz przyjaciel nie był zniewieściałą suką i nie zostawił
nas w potrzebie. Pomyśl trochę, dziecko.
- Jeżeli tylko o to chodzi... Po co
był ten cyrk z porwaniem?
- Ty nic nie wiesz o życiu.. Wiesz,
jak to jest stracić kogoś, kto był przy tobie całe życie?
Dowiesz się. Bo ona już się nie obudzi.
- Co ty.. - stanąłem jak wryty nie
mogąc nic więcej powiedzieć. Co oni jej zrobili? W głowie setki
myśli... Czy już było za późno? Nie wiedziałem. Byłem pewien,
że jeśli coś jeszcze dało się zrobić, to Cassie się tym
zajmie. To mnie trochę uspokajało. Jednak dalej coś we mnie
trzęsło się, odczuwałem strach. Naprawdę... balem się. Ale
nigdy nie umiałem okazywać uczuć otwarcie. Pękałem z bólu
psychicznego i fizycznego, po ciosie od, niegdyś, przyjaciela. Mimo
wszystko wiedziałem, że sam sobie nagrabiłem. To było nieco
ponad pół roku temu... Dokładnie tego nie pamiętałem... Bo
wtedy po raz pierwszy byłem pod wpływem ciężkich narkotyków. W
ogóle jakichkolwiek. Ta historia była tak skomplikowana, że nawet
nie wiedziałem jak mam ją opowiedzieć osobie, która mnie pytała
jak zacząłem.
- Nic nie warty leszcz... - to
mówiąc po raz kolejny mi przyłożył. Tym razem aż zrobiło mi
się ciemno przed oczami. Skubany był silny! Sterydy robią
swoje...
- Zostaw mnie... - to go tylko
sprowokowało.
- O nie... przyjaciele swoich nie
zostawiają! - zaczął bić mnie bez przerwy przez kilka minut, aż
straciłem przytomność. Obudziłem się w domu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz