Przepraszam,
wiem, ze z dotrzymywaniem terminów u mnie słabo. Ale już! Już mam. Miłej
lektury, mnie potwornie łeb boli i idę się chyba położyć.. Wiem, że
wcześnie.. Ale cóż. Dobrej nocy życzę i czekam na opinie.
- O nie... przyjaciele swoich nie zostawiają! - zaczął bić mnie bez przerwy przez kilka minut, aż straciłem przytomność. Obudziłem się w domu.
- O nie... przyjaciele swoich nie zostawiają! - zaczął bić mnie bez przerwy przez kilka minut, aż straciłem przytomność. Obudziłem się w domu.
***
- Jak się
czujesz? - Usłyszałem Cassie mówiącą do mnie, ale zanim mój
wzrok stał się wyraźny, minęło parę dobrych sekund.
- Źle...
Nawet rzekłbym, bardzo źle. Ale... pal sześć, co z mamą? - W
końcu to ona wczoraj była najbardziej poszkodowana. Martwiłem się.
- Ugh.. -
zająknęła się - Jest... w szpitalu...
- Co? W
którym?.. - Podniosłem tułów, ale zaraz z powrotem opadłem na
łóżko zwijając się z bólu. - Chcę do niej jechać, teraz!
- Mtt?
Czy Ty się słyszysz? Jesteś w tragicznym stanie, ledwo ruszasz
głową i widzisz na oczy, a chcesz się tułać autobusami do
szpitala? Zwariowałeś?! Nigdzie nie jedziesz, zostaniesz w domu. Ja
lecę do mamy, wrócę za jakiś czas do ciebie i chcę widzieć, że
leżysz i odpoczywasz, rozumiemy się?
- No
dobrze. Ale uważaj... To, że oni chcą mnie, nie znaczy, że tobie
nic nie zrobią.
- Co się
dzieje?
- Co ma
się dziać?
- Matt,
nie jestem ślepa. Widzę, że coś jest nie tak. Czemu oni...
- Ciii...
- przerwałem jej wpół zdania - nieważne. Pogadamy jak wrócisz.
- Mam
nadzieję.
I wyszła. Ale ze mnie idiota... Cholera jasna, co ja mam jej niby powiedzieć? „Wybacz siostro, że nic ci nie powiedziałem, ale jestem znanym dilerem i rasowym ćpunem, a oni chcą mnie zabić”? Bez jaj... Byłem w sytuacji, w której sięgałem dna. A nawet to dno już mnie pożerało. O ile było mi wiadomo, od dna powinno się odbijać, a nie zatapiać w nim jak w ruchomych piaskach. A może ja po prostu nie potrafiłem? Jeny.
I wyszła. Ale ze mnie idiota... Cholera jasna, co ja mam jej niby powiedzieć? „Wybacz siostro, że nic ci nie powiedziałem, ale jestem znanym dilerem i rasowym ćpunem, a oni chcą mnie zabić”? Bez jaj... Byłem w sytuacji, w której sięgałem dna. A nawet to dno już mnie pożerało. O ile było mi wiadomo, od dna powinno się odbijać, a nie zatapiać w nim jak w ruchomych piaskach. A może ja po prostu nie potrafiłem? Jeny.
Spróbowałem podnieść się raz jeszcze.
Aaaaaagrhh!
- wydałem z siebie przeciągły krzyk. Bolało jak cholera. Nie wiem
jak mocno musiałem oberwać... Nie pamiętam też, jak znalazłem
się w domu... Całe szczęście, że w ogóle się znalazłem
gdziekolwiek. - Muszę wstaać... - mówiłem sobie, cały czas
próbując zejść z łóżka nie powodując większych szkód.
Niestety... - O cholera! - wrzasnąłem po raz kolejny spadając na
ziemię. Tak, zdecydowanie jestem debilem... pomyślałem.
Wyciągnąłem rękę, na tyle, na ile było to możliwe i chwyciłem
zegarek, który leżał koło kredensu. Była 13:04. Późno...
Aż tak długo byłem nieprzytomny?...
Usłyszałem kroki na dole, w salonie. Chciałem sprawdzić kto to,
ale z przyczyn wiadomych nie mogłem. Wczołgałem się pod łóżko
tłumiąc odgłosy wydawane z bólu. Ktoś wchodził po schodach na
górę. Przestraszyłem się.
Odgłos stawał się coraz głośniejszy i wyraźniejszy. W końcu dobiegł mnie dźwięk otwieranych drzwi. Ktoś wszedł do mojego pokoju. Leżałem w bezruchu ciężko oddychając.
Odgłos stawał się coraz głośniejszy i wyraźniejszy. W końcu dobiegł mnie dźwięk otwieranych drzwi. Ktoś wszedł do mojego pokoju. Leżałem w bezruchu ciężko oddychając.
- Valo...
- poznałem głos Chrisa.
- Chris...
- odpowiedziałem cicho.
- Gdzie
jesteś?...
- Tu.
- Tu, to
znaczy gdzie, idioto? - wygrzebałem się spod łóżka pomału.
- Wybacz,
myślałem, że ktoś się włamuje, a jak widzisz w pełni sił nie
jestem...
- Właśnie
wiem, myślisz, że skąd się tu wziąłem? Cassie zadzwoniła, że
leżysz półprzytomny w łóżku. Stary, co się stało? Nie
widziałem Cię jeszcze w takim stanie?
- Mam
cichą nadzieję, że chociaż mi coś przyniosłeś.
- Tak,
tak, ale najpierw wyjaśnienie poproszę.
Zastanawiałem się od czego zacząć. Jak mu to powiedzieć...
Zastanawiałem się od czego zacząć. Jak mu to powiedzieć...
- Dopadli mnie po prostu...
-
Hm? - uniósł z wprawą
jedną brew.
- Lemmy nie żyje. Brent próbuje wmówić mi, że to moja wina. I
oberwałem.
- Nie żyje? Chyba żartujesz? Ale czemu twoja?
- Długa historia, chłopie. Połowę znasz, a na drugą nie mam
siły. Boli.
- Rozumiem. Kiedy indziej.
- Więc?...
-
No już, już... - otworzył plecak i wyjął z niego niewielką
sakiewkę - oby ci to
przeszło chociaż na te kilka godzin... - rozwiązał woreczek, z
którego wydobył dwie tabletki.
- Podaj mi wodę - poleciłem mu i wziąłem od niego towar.
Wrzuciłem do ust i popiłem dużą ilością wody.
- Boję się.
- Czego? - zapytałem go. Chociaż może powinienem zapytać „o
co?”...
-
O Ciebie - no masz...
- Ponieważ?
- Pogrążasz się. A może nawet.. staczasz...
-
Eeee tam, marudzisz.
- Matt, do cholery ciężkiej, czy ty nie widzisz co ze sobą
zrobiłeś? Tego jeszcze nie widać, ale jak tak dalej pójdzie...
Będziesz wrakiem. I nawet ja nie będę w stanie pomóc... A wiesz,
co w tym wypadku będę musiał zrobić.
- Nie! Nie ma mowy nawet! Dobrze wiesz, że jestem zdolny znieść
wiele. Ale tam nie pójdę.
-
Zmuszę cię.
- Nikt mnie nie zmusi.
- Nie zgrywaj buntownika. Już nie pamiętasz jaki kiedyś byłeś?
Nie pamiętasz...
- Masz rację. Nie pamiętam. Czasem myślę o tym i może przemknie
mi to przez głowę... Ale co z tego? I tak jestem beznadziejny.
- Gdybyś faktycznie był, nie tęsknilibyśmy tak za tobą.
- Wy? Wy, kto? Nie rozumiem. Wszyscy mnie zostawili, prócz Ciebie i
Adama.
- Nawet nie wiesz jak chcielibyśmy
cię wszyscy z powrotem. Nie Valo. Tylko ciebie, Matt. Ciebie. Ale Ty
nie chcesz wrócić.
-
Chcę. Rzecz ma się tak, że nie potrafię.
