Nie mam pojęcia jaki tytuł temu nadać. Wiem, brak mi jako takiej kreatywności, jeśli o to chodzi.
Milego.
Pamiętam, jak kiedyś byłem wolny od tego całego cholerstwa. Wtedy nawet wszyscy wokół mnie wydawali się szczęśliwsi. Pamiętam też, jak kiedyś powiedziałem sobie 'nigdy więcej'. To było łatwe, Myślałem, że dam sobie radę.Byłem tak bardzo pewny siebie. Nie udało się. Po kilku dniach od tego postanowienia zazcząłem myśleć o powrocie do nałogu, a po tygodniu poległem. Pchnęło mnie w stronę kuchni, gdzie były trzymane leki. Nie próbowałem nawet wyjaśniać sobie, czemu to robię. Jako pierwsze rzuciły mi się w oczy Acodin i Thiocodin. Chwyciłem je i jeszcze trzy inne leki i poszedłem do swojego pokoju. Rozsypałem wszystko na łóżku i policzyłem. Łącznie tego tam było 58. Łyknąłem tabletki i popiłem jakąś wódką. Zachowywałem się normalnie i nic nie czułem przez jakąś godzinę. Jednak minęło kilka chwil i mocno zakręciło mi się w głowie.. Chciałem wstać, ale coś dosłownie trzymało mnie przy podłodze. Nogi miałem jak z waty, a wszystko dookoła mnie zmieniało kolory. Usłyszałem pukanie do drzwi. Miałem tylko siłę odkrzyknąć 'otwarte!'.
-Valo? To ja, Chris. Idę do Ciebie. Jesteś na górze?
- Taak.. - Położyłem się obok łóżka. Jeszcze miałem jakąś świadomość tego co się działo. Chris wszedł do pokoju.
-Ej, łóżko jest tutaj, wszystko w porządku? - Zapytał niepewnie.
Nawet nie pamiętam, co mu wtedy odpowiedziałem.Wszystko co wiem, to z jego opowiadań i niektóre przebłyski w mojej głowie. Ale do teraz nie przypomniałem sobie większości rzeczy i zdarzeń. Nie wiem, czy nie zrobiłem czegoś bardzo głupiego.. Ale on mnie raczej pilnował.
Obudziłem się w szpitalu na drugi dzień. W myślach robiłem kazanie samemu sobie, Chciałem stamtąd jak najszybciej wyjść. Bałem się, że odnotują mi próbę samobójczą i wyląduję z tym u psychiatry. A wizja zdrowego mnie wśród bandy nieśmiertelnych samobójców nie bardzo mi się podobała. Zachowywałem się naturalnie, mając nadzieję, że dzięki temu mnie wypiszą. Rozmyślania przerwała mi pielęgniarka słowami "Jak się czujesz?". Odpowiedziałem, że w porządku. Chwilę grzebała w szufladzie szukając czegoś, drugą ręką trzymając kroplówkę.
- No, to może teraz powiesz mi co łyknąłeś? Wczoraj byłeś nie do gadania.
Aż mnie zatkało. Co miałem jej odpowiedzieć? Przecież nie mogłem przyznać się, ze tak po prostu naćpałem się pięcioma różnymi lekami... Zresztą jak miałem powiedzieć, kiedy nawet sam nie pamiętałem jakimi?
- Nie wiem. Nie pamiętam...
- Bo my już wiemy.
-Jak to wiecie? - Serce zabiło mi mocniej. Pomyślałem, że jeśli ojciec z siostrą się dowiedzą... zginę.
- No, no, wiemy. - Pokiwała wymownie głową patrząc na mnie i zaczęła zmieniać kroplówkę - Badania wykazały.
- I co?
- Hm - wyjęła z kieszeni kartkę - Acodin, Diphergan, Thiocodin, Aviomarin, Ketonal. - Schowała kartkę. - Zabalowałeś chłopcze i to mocno.
- Wyjdę stąd dzisiaj? - Jedyne, co byłem w stanie z siebie wyrzucić.
- Zobaczymy. Jeszcze dwie kroplówki i jedno badanie.
- Mhm.
- Mam nadzieję, że więcej tego nie zrobisz. Wielu innych na twoim miejscu by tego nie przeżyło.
- Obiecuję, że nie. Tata wie? Albo siostra?
- Ojciec nie odbierał, wie tylko Cassie.
Odetchnąłem.
Wieczorem tego dnia byłem już w domu.
Siostra popatrzyła na mnie wzrokiem przepełnionym pytaniem "DLACZEGO?..." Nawet nie próbowała ze mną rozmawiać...
***
Na drugi dzień wszystko wydawało się inne. Było lepiej. Zwlekłem się z łóżka i poszedłem do łazienki przemyć twarz. Patrząc w lustro nie mogłem pojąć co stało się z tym chłopakiem, którym kiedyś byłem. Chociaż w sumie, z wierzchu byłem nim nadal. Miałem najlepsze oceny i wzorowe zachowanie... Nie, wróć! Teraz, to znaczy, po południu, miałem mieć sprawę w sądzie, za picie w szkole z kolegami. Tak, to było strasznie głupie... Yh, no ze wzorowym mogłem się pożegnać. A zresztą, i tak nie było po mnie widać, że byłem jednym z najlepszych. Ktoś postronny na pierwszy rzut oka nazwałby mnie satanistą i ćpunem. Tylko dlaczego? Czy utożsamianie się z subkulturą metalową od razu czyniło mnie niewiernym pożeraczem kotów? Bo po krzywych spojrzeniach ludzi właśnie takiej opinii o sobie się spodziewałem. Nie wiem o co im chodzi. Zawsze się nad tym zastanawiałem, próbowałem spojrzeć na siebie z perspektywy zwykłego przechodnia. Długie włosy... No i co w związku z tym? Nic... Dalej, koszulka z np. Mayhem. A co z tym? Jak totalny głupek starałem się zrozumieć złe zdanie ludzi o metalowcach. Około godziny spędziłem na tym rozmyślaniu. Popatrzyłem w międzyczasie na swoją kostkę z toną naszywek, wytarte glany, flanelowe koszule i przypinki na nich. Nie doszedłem do żadnego wniosku. Za głupi chyba na to jestem, bo nie rozumiem tego do dziś. No, nieważne teraz.. Przestałem gapić się w lustro, poczłapałem do swojego pokoju i włączyłem komputer. Chwilę starałem się ogarnąć pocztę, później włączyłem muzykę. Przez jakiś czas wsłuchiwałem się w teksty zespołu Pearl Jam. Przerwałem tę czynność i zacząłem grzebać w szufladzie w poszukiwaniu bandany. Kiedy ją znalazłem, zawiązałem ją na ręce. Wpatrując się w nią, tuż obok jej końca dostrzegłem starą bliznę. Moja głupota.. Uśmiechnąłem się do siebie i wyszedłem z pokoju. Błąkałem się po domu nie wiedząc co mam ze sobą zrobić. Po kilkunastu minutach bezcelowego chodzenia zdecydowałem się wyjść na balkon. Nie mam zielonego pojęcia po jaką cholerę. Myślałem i myślałem. Tak naprawdę o niczym... Minęło 45 minut i siedzenie w jednej pozycji przez ten czas mnie zmęczyło. Wszedłem do domu po coś do picia i po niedługim czasie znów wróciłem na zewnątrz... Znów... bez konkretnego powodu i celu.
Siedząc tam wpatrywałem się w słońce. Powoli zamykałem oczy i światło zaczęło się rozpraszać. Mój umysł był jak czysta, biała kartka. Nie chciałem niczym jej zapełniać, ale do głowy samo cisnęło mi się poczucie winy. Teraz ta kartka była zapisana rzeczami, które źle zrobiłem. Sam sobie wypominałem błędy. Nienawidzę tego uczucia. Narastała we mnie chęć chwycenia za pistolet i zakończenia egzystencji. Jednak nie zrobiłbym tego... Uczucie przed śmiercią niedopełnionego obowiązku z pewnością by mnie powstrzymało przed nieprzemyślanym samobójstwem. Zresztą wspomnienie odejścia mamy napawa mnie dość dużym dystansem. Nie wiem, czy byłbym w stanie zranić tych kilka drogich mi osób. Nie bałem się śmierci. Bałem się tego, co będzie potem. Bałem się reakcji ludzi. Nauczycieli, znajomych, rodziny... Chociaż może rodzina to za dużo powiedziane. Ojcu nigdy nic nie robi problemu, po prostu uznałby mnie za idiotę. Może siostra by za mną zatęskniła czasem... Dobra tam, nastawiłem minutnik na 60 minut. Tyle czasu stanowczo mi wystarczy zanim stąd odejdę. Chociaż... Co jeśli bym wszystko zostawił tak jak jest i skończył?.. Ta myśl o wiecznym spokoju poniosła mnie w stronę szafki. Obejrzałem się za siebie, nie wiadomo czemu.. Może bałem się, że ktoś mnie zobaczy? Obsesja. Wyjąłem pistolet ze szkatułki i wypolerowałem go. No, teraz pozostało tylko czekać.
***
Nudziłem się.. Po co mi było te 60 minut., to ja nie wiem. Chwyciłem jakąś kartkę, długopis i zacząłem coś bazgrać.
" Dzień właśnie zachodzi...
To wtedy powiedziałbym `flirtuję z samobójstwem, czasami zabija ból`.
Mogę zawsze powiedzieć `jutro będzie lepiej`,
oddalając się od siebie... "
Cassie, wybacz mi. Kocham Cię, siostro.
Zajmij się ojcem i.. pamiętaj o mamie.
Przepraszam.
***
Zostało mi 30 minut. 30 minut do podjęcia ostatecznej decyzji. Niby mało.. Ale wszystkie moje myśli wydłużały mi ten czas. Podszedłem do barku i wziąłem butelkę wina. Po dwóch kielichach spojrzałem na minutnik. Już tylko 15 minut. Bez zastanowienia wypiłem to co zostało i sięgnąłem po pistolet. 15 minut szybko zamieniło się w 15 sekund. 10, 9, 8, 7, 6, 5, 4, 3, 2, 1.. Strzeliłem... Upadłem na kolana... Znowu moje myśli były jak czysta kartka. Znowu nie chciałem jej zapełniać... Ale... Nadal byłem tam. Byłem w swoim pokoju i czułem niesamowity ból. Podniosłem wzrok i spojrzałem na broń. Wahając się chwilę powoli wyciągałem rękę w stronę przedmiotu. Przyglądając mu się bliżej coś sobie uświadomiłem... Pomyliłem się. Lipa... Na ślepaki. Jak mogłem popełnić taki błąd?.. W złości rzuciłem narzędziem w stronę drzwi. Usłyszałem huk...
- Mogłem umrzeć... Nie... Chciałem umrzeć. A nawet tego nie potrafię. Nie umiem się nawet zabić. Idiota.
***
Chyba nie powinienem tego tak zostawiać. Ale spójrzmy prawdzie w oczy, co miałem zrobić? Zgłosić się do psychiatry tak z własnej woli? Nie chciałem wylądować w kaftanie... Bałem się. Bałem się wszystkiego. Napad lęku... znowu. Nikogo przecież nie mogłem poradzić się co dalej. Nie miałem kogo. W życiu bym nie pomyślał, że kiedyś tak bardzo się zmienię, że zacznę się staczać. Teraz już nawet nie pamiętam jak to się zaczęło. Ale w tej chwili to nie miało znaczenia, zacząłem się przygotować do rozprawy. Przez cały ten czas czułem ból. Nadal. Zastanawiałem się długo czym to było spowodowane.
***
Cały się trzęsłem w środku. Nie do pomyślenia było dla mnie, że kiedykolwiek mogłem znaleźć się w sądzie po tej złej stronie. Ale byłem tam. I próbowałem się wygrzebać. Nie umiałem kłamać przed siostrą. Była jak mama. Jej wierna kopia. Czasem zamiast rodzonej siostry widziałem właśnie ją, mamę. Dość mocno odczuwałem jej brak, zwłaszcza, że od jej odejścia minęło wtedy dopiero pięć miesięcy. Ale musiałem wyplątać się z tej chorej sytuacji. Broniłem się jak mogłem. Cała moja inteligencja akurat na tę godzinę wyparowała. Myślałem, ze jestem skończony i wkopię swoją ekipę. Jednak przypomniałem sobie jeden istotny fakt... Udało się.
- Wszyscy dostajecie tylko upomnienie. Mam nadzieję, że to się nie powtórzy.
- Było blisko... - Odetchnąłem.
- Valo, jesteś geniuszem. - Adam również wyglądał, jakby spadł mu kamień z serca.
- Racja. Nigdy więcej takich wybryków w szkole. - Dodał Chris.
- To co teraz? - Zapytałem.
- Idziemy do mnie? - Adam chciał uczcić nasze szczęście. Poszliśmy z nim.
Miał w domu marihuanę. Popaliliśmy trochę, posiedzieliśmy i wyszedłem razem z Chrisem. W połowie drogi rozeszliśmy się i wracałem kawałek sam.
W drodze powrotnej cały czas się zataczałem. No w sumie nic dziwnego. Kto normalny po takiej ilości zioła szedłby prosto.. Kuźwa, wszystko znów się kręci... Gdybym nie był ateistą, pewnie krzyknąłbym teraz "Jezu jak to boli!".
W domu nikogo nie było. Zastanawiało mnie to, przecież wszyscy powinni być. No trudno. Nie zostawiałem sobie tego do głębszej refleksji. Kiedy uchylałem drzwi do swojego pokoju, zaniepokoił mnie odgłos wody lecącej z kranu. Poszedłem do łazienki zakręcić go i zauważyłem, że lustro nad zlewem jest pęknięte. Zaraz znalazłem się w pokoju nerwowo się rozglądając. Rzuciłem się do kredensu z zamiarem znalezienia strzykawki. Musiałem. Już wiedziałem, że coś się dzieje. Ale to nie tylko to. Stałem się narkomanem. Byłem pewien, że to się nie zmieni... Obok łóżka znalazłem pasek i zacisnąłem go na ramieniu. Przez chwilę po heroinie leżałem w bezruchu. To było za dużo. Przestraszyłem się, ze to już koniec i jestem gdzieś indziej. Usłyszałem głos siostry. Zszedłem na dół o resztkach sił. Usiadłem przy niej. Otrząsnąłem się i uświadomiłem sobie, że jeszcze byłem na tym świecie.
Słuchając jej opowieści pod wpływem narkotyków nie myślałem, że rozumiem jakoś inaczej niż zwykle. Może jedyną zmianą jest to, że kiedyś odkładałem słowa, których znaczenia nie znałem, gubiąc przez to sens niektórych zdań. Teraz dopiero zastanawiam się nad całą treścią tej historii. Gdy skończyła odniosłem wrażenie, jakbym zszedł z karuzeli. Wszystko wirowało, a ja stałem w miejscu, patrząc jak sufit osuwa się na podłogę. Zaczęło mi się dwoić przed oczami. Podchodząc do drzwi pociągnąłem za sobą krzesło, do którego przyczepił się mój pasek. Delikatnie oderwałem go i wyszedłem z salonu. Wchodząc po schodach chwiałem się i z trudem udało mi się dotrzeć do własnego pokoju. Spojrzałem w lustro. Widząc źrenice o nienaturalnym rozmiarze zachciało mi się płakać. Sam nie wiem dlaczego. Moja własna głupota nadal mnie przerasta. Kto normalny najpierw ćpa, a potem użala się przed lustrem prowadząc konwersację z samym sobą? Traciłem poczucie rzeczywistości... To boli. To znowu tak cholernie boli... Ale nie chciałem iść na odwyk. To słowo budziło we mnie przerażenie, a czasem nawet panikę. Ale co innego mogłem robić, powoli popadałem w paranoję. Może przez ten czas co brałem, coś mi się w głowie przestawiło? Potrafiłem mieć halucynacje nawet na czysto, czego normalni ludzie raczej nie doświadczają... Byłem ciekaw co powiedziałby mi psycholog. Chociaż może tu trzeba było już psychiatry? Zastanawiałem się, czy stwierdziłby mi schizofrenię. Po chwili usłyszałem dźwięk zbitego szkła. Zerwałem się z miejsca i potykając się pobiegłem do salonu. Cassie nie podniosła na mnie wzroku. Wlepiała oczy w rozbity przedmiot. Podszedłem bliżej i poczułem do bólu słodki zapach jej perfum. Uważając na odłamki fiolki i rozlewającą się po podłodze ciecz usiadłem obok siostry. Zaczęła coś mówić...
- Utopić się we własnych łzach... Kiedy wszystko zaczyna upadać. Tętno zwalnia, kiedy oczy się zamykają. Zawrót głowy. Zachwianie równowagi i upadek na ziemię. Przebłyski rzeczywistości. Duszność, brak oddechu.. Utrata świadomości. Przebudzenie, otrząśnięcie, ból. Drgawki, chwilowa pustka w głowie. Czysty umysł. Powolny powrót do codzienności. Kolejny zawrót głowy, kolejny upadek. Brak sił. Setki myśli... Ciemność. - Wstała i upadła. Przeszedł mi po plecach zimny dreszcz. Podszedłem bliżej nie bardzo wiedząc co się dzieje. Oddychała... Przysunąłem się bliżej zdezorientowany. Nie reagowała kiedy do niej mówiłem. Myślałem, że serce mi wyskoczy. Obok sofki dostrzegłem pudełko po wiśniowej tabace. Ale przecież to nie mogło być to... To nie były efekty po tytoniu. Chwilę zastanawiałem się i znów przeszedł mi dreszcz. W takim samym pudełku trzymałem heroinę... Teraz byłem bliski paniki.
- Cassie! Słyszysz? Powiedz coś, cokolwiek, błagam! Nie rób mi tego! - Łzy zaczęły mi lecieć i rozbijały się na podłodze. Pobiegłem koślawo do swojego pokoju. Pudełka nie było. Wróciłem do siostry trzęsąc się.
- Cassie... Dlaczego?... - właśnie.. dlaczego? To pytanie przewijało mi się w myślach w kółko. Jednak nie traciła przytomności, więc i ja nie traciłem nadziei. Natychmiast zadzwoniłem po karetkę. Cały czas szukałem wyjaśnienia dla tej sytuacji. Kiedy zabrali nas do szpitala byłem już cały we łzach i ledwo mówiłem. Nie umiałem lekarzom nic wyjaśnić. Nawet nie wiedziałem jak mam to zrobić. Byłem bezradny. Oni już chyba też. Jej oddech słabł z każdą minutą. Traciłem ją... Ale dlaczego... Dlaczego... Nagle olśniło mnie. Odtworzyłem cały dzień w myślach od rana i zatrzymałem się na nieudanej próbie samobójczej. Kartka! Zostawiłem kartkę z przeprosinami! Cassie wróciła do domu przede mną, czego nie zauważyłem... Otępiło mnie. Doprowadziłem do samobójstwa własnej siostry. Straciłem panowanie nad sobą i zacząłem krzyczeć jednocześnie płacząc.
- Nie odchodź! Błagam nie!
Lekarze wyprowadzili mnie z sali i przytrzymywali kiedy się szarpałem jak zwierzę. Krzyczałem jeszcze głośniej. Opadałem z sił, nie wiedziałem co robić. Traciłem osobę, którą kochałem najbardziej na świecie. Cudem wyrwałem się i znalazłem obok łóżka Cassie. Nie byłem już w stanie nic powiedzieć. Topiłem się we łzach i dławiłem nimi. Usiadłem na krześle i położyłem tułowiem obok niej.
- Prze.. p.. ra.. am Cię.. - Dusiłem się wymawiając te słowa. Nie pamiętam co było potem. Obudziłem się pod kroplówką w tej samej sali. Ale jej tam nie było. Miałem ochotę umrzeć. Nie byłem jednak w stanie się ruszyć. Ale... Chciałem coś zmienić. Mogłem zrobić tylko jedno. Chciałem zrobić tylko jedno. I zrobiłem to.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz