niedziela, 18 sierpnia 2013

"A premonition" część 2.

Przepraszam, wiem, ze z dotrzymywaniem terminów u mnie słabo. Ale już! Już mam. Miłej lektury, mnie potwornie łeb boli i idę się chyba położyć.. Wiem, że wcześnie.. Ale cóż. Dobrej nocy życzę i czekam na opinie.


- O nie... przyjaciele swoich nie zostawiają! - zaczął bić mnie bez przerwy przez kilka minut, aż straciłem przytomność. Obudziłem się w domu.
***
- Jak się czujesz? - Usłyszałem Cassie mówiącą do mnie, ale zanim mój wzrok stał się wyraźny, minęło parę dobrych sekund.
- Źle... Nawet rzekłbym, bardzo źle. Ale... pal sześć, co z mamą? - W końcu to ona wczoraj była najbardziej poszkodowana. Martwiłem się.
- Ugh.. - zająknęła się - Jest... w szpitalu...
- Co? W którym?.. - Podniosłem tułów, ale zaraz z powrotem opadłem na łóżko zwijając się z bólu. - Chcę do niej jechać, teraz!
- Mtt? Czy Ty się słyszysz? Jesteś w tragicznym stanie, ledwo ruszasz głową i widzisz na oczy, a chcesz się tułać autobusami do szpitala? Zwariowałeś?! Nigdzie nie jedziesz, zostaniesz w domu. Ja lecę do mamy, wrócę za jakiś czas do ciebie i chcę widzieć, że leżysz i odpoczywasz, rozumiemy się?
- No dobrze. Ale uważaj... To, że oni chcą mnie, nie znaczy, że tobie nic nie zrobią.
- Co się dzieje?
- Co ma się dziać?
- Matt, nie jestem ślepa. Widzę, że coś jest nie tak. Czemu oni...
- Ciii... - przerwałem jej wpół zdania - nieważne. Pogadamy jak wrócisz.
- Mam nadzieję.
I wyszła. Ale ze mnie idiota... Cholera jasna, co ja mam jej niby powiedzieć? „Wybacz siostro, że nic ci nie powiedziałem, ale jestem znanym dilerem i rasowym ćpunem, a oni chcą mnie zabić”? Bez jaj... Byłem w sytuacji, w której sięgałem dna. A nawet to dno już mnie pożerało. O ile było mi wiadomo, od dna powinno się odbijać, a nie zatapiać w nim jak w ruchomych piaskach. A może ja po prostu nie potrafiłem? Jeny.
Spróbowałem podnieść się raz jeszcze.
Aaaaaagrhh! - wydałem z siebie przeciągły krzyk. Bolało jak cholera. Nie wiem jak mocno musiałem oberwać... Nie pamiętam też, jak znalazłem się w domu... Całe szczęście, że w ogóle się znalazłem gdziekolwiek. - Muszę wstaać... - mówiłem sobie, cały czas próbując zejść z łóżka nie powodując większych szkód. Niestety... - O cholera! - wrzasnąłem po raz kolejny spadając na ziemię. Tak, zdecydowanie jestem debilem... pomyślałem. Wyciągnąłem rękę, na tyle, na ile było to możliwe i chwyciłem zegarek, który leżał koło kredensu. Była 13:04. Późno... Aż tak długo byłem nieprzytomny?... Usłyszałem kroki na dole, w salonie. Chciałem sprawdzić kto to, ale z przyczyn wiadomych nie mogłem. Wczołgałem się pod łóżko tłumiąc odgłosy wydawane z bólu. Ktoś wchodził po schodach na górę. Przestraszyłem się.
Odgłos stawał się coraz głośniejszy i wyraźniejszy. W końcu dobiegł mnie dźwięk otwieranych drzwi. Ktoś wszedł do mojego pokoju. Leżałem w bezruchu ciężko oddychając.
- Valo... - poznałem głos Chrisa.
- Chris... - odpowiedziałem cicho.
- Gdzie jesteś?...
- Tu.
- Tu, to znaczy gdzie, idioto? - wygrzebałem się spod łóżka pomału.
- Wybacz, myślałem, że ktoś się włamuje, a jak widzisz w pełni sił nie jestem...
- Właśnie wiem, myślisz, że skąd się tu wziąłem? Cassie zadzwoniła, że leżysz półprzytomny w łóżku. Stary, co się stało? Nie widziałem Cię jeszcze w takim stanie?
- Mam cichą nadzieję, że chociaż mi coś przyniosłeś.
- Tak, tak, ale najpierw wyjaśnienie poproszę.
Zastanawiałem się od czego zacząć. Jak mu to powiedzieć...
- Dopadli mnie po prostu...
- Hm? - uniósł z wprawą jedną brew.
- Lemmy nie żyje. Brent próbuje wmówić mi, że to moja wina. I oberwałem.
- Nie żyje? Chyba żartujesz? Ale czemu twoja?
- Długa historia, chłopie. Połowę znasz, a na drugą nie mam siły. Boli.
- Rozumiem. Kiedy indziej.
- Więc?...
- No już, już... - otworzył plecak i wyjął z niego niewielką sakiewkę - oby ci to przeszło chociaż na te kilka godzin... - rozwiązał woreczek, z którego wydobył dwie tabletki.
- Podaj mi wodę - poleciłem mu i wziąłem od niego towar. Wrzuciłem do ust i popiłem dużą ilością wody.
- Boję się.
- Czego? - zapytałem go. Chociaż może powinienem zapytać „o co?”...
- O Ciebie - no masz...
- Ponieważ?
- Pogrążasz się. A może nawet.. staczasz...
- Eeee tam, marudzisz.
- Matt, do cholery ciężkiej, czy ty nie widzisz co ze sobą zrobiłeś? Tego jeszcze nie widać, ale jak tak dalej pójdzie... Będziesz wrakiem. I nawet ja nie będę w stanie pomóc... A wiesz, co w tym wypadku będę musiał zrobić.
- Nie! Nie ma mowy nawet! Dobrze wiesz, że jestem zdolny znieść wiele. Ale tam nie pójdę.
- Zmuszę cię.
- Nikt mnie nie zmusi.
- Nie zgrywaj buntownika. Już nie pamiętasz jaki kiedyś byłeś? Nie pamiętasz...
- Masz rację. Nie pamiętam. Czasem myślę o tym i może przemknie mi to przez głowę... Ale co z tego? I tak jestem beznadziejny.
- Gdybyś faktycznie był, nie tęsknilibyśmy tak za tobą.
- Wy? Wy, kto? Nie rozumiem. Wszyscy mnie zostawili, prócz Ciebie i Adama.
- Nawet nie wiesz jak chcielibyśmy cię wszyscy z powrotem. Nie Valo. Tylko ciebie, Matt. Ciebie. Ale Ty nie chcesz wrócić.
- Chcę. Rzecz ma się tak, że nie potrafię.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz