niedziela, 21 lipca 2013

"Ofelia" 1.

-Byłem tam - powiedział spokojnie opierając się ręką o ścianę. - Byłem tam - powtórzył i złośliwie uśmiechnął się ukazując nieskazitelnie białe zęby. Przez cały ten czas głowę trzymał spuszczoną, tak, że kosmyki jasnych, niemalże białych włosów zasłaniały mu oczy. Natomiast ich reszta opadała na pocharatane plecy, przykrywała je aż do pasa. Po chwili spoważniał i stanął prosto. Patrząc się prosto w oczy swojemu znienawidzonemu ojcu ciągnął dalej. - I tylko ja tak naprawdę wiem, co się wtedy stało. Wszystko wyjdzie na jaw. Nie łatwiej od razu się przyznać? - Ironia w jego głosie najwyraźniej była irytująca, bo ojciec pod wpływem złości i równie wielkiej nienawiści uderzył Alana w twarz tak mocno, że z wargi leciała mu krew.
- To i tak ci nic nie da. Świadczy tylko o twojej bezradności i głupocie - rzucił w odpowiedzi na cios, zachowując wciąż ten sam stoicki spokój. Zmierzał w stronę drzwi, po drodze trącając ojca w bark.
- Kiedyś wy wszyscy będziecie mnie potrzebować. Nie próbuj zaprzeczać. Dobrze wiesz, że sami z matką sobie nie poradzicie. Nie wydaje ci się, że wsadzenie mnie za kratki nie będzie najlepszym pomysłem? - Alan zatrzymał się nim przekroczył próg pokoju. Zastanawiał się co na to odpowiedzieć.
- Nigdy nie byliśmy uzależnieni od ciebie, czemu teraz mamy nie dać sobie rady? Uważasz się za kogoś, kto trzyma nas przy życiu? Mylisz się. Jesteś zwykłym śmieciem. A śmieci się wyrzuca. - Odgarnął reką włosy z oczu. Po tych jego słowach ojciec stracił wszelką cierpliwość. Uderzył syna o wiele mocniej niż poprzednio. Alan upadł na podłogę i patrzył na przedmiot swojej nienawiści wzrokiem pełnym pogardy. Kręciło mu się w głowie. Spuścił wzrok na chwilę, aby odzyskać zdolność trzeźwego myślenia. Z nosa zaczęła mu cieknąć krew, a w głowie wirowało jeszcze mocniej.
- Ty naprawdę jesteś bezużyteczny. Nikomu nie potrzebny wyrzutek. Czasem mi nawet ciebie żal. Ale i tak nie zrobiłoby żadnej różnicy, gdyby cię to nie było.
- Wiesz, że cię nienawidzę, prawda? - Alan starał się mimo wszystko zmusić Stevena do pomyślenia i być może zmiany swojego postępowania. - Nienawidzę, bo zawsze potrafiłeś dbać tylko o siebie. Jesteś cynikiem.. Egoistą.. Wszystkim na raz. Nikt cię nie obchodzi. Nikt. A już na pewno nie ja. Powinienem cię już dawno zabić. Nawet nie wyobrażasz sobie ile razy chciałem to zrobić. - Teraz Steven był wyprowadzony z równowagi do tego stopnia, że rzucił się ze złością w stronę Alana. Przygniótł go d ziemi i patrzył prosto w oczy starając się uwierzyć w to, co usłyszał i znaleźć dla tych słów wyjaśnienie. Tłumiąc, a przynajmniej próbując tłumić uczucie zranienia, po raz kolejny uderzył syna. Powtórzył to jeszcze kilka razy nie ograniczając się tylko do twarzy. Alanowi nie poleciała ani jedna łza, chociaż bardzo go to bolało. Fizycznie, a oprócz tego psychicznie. Jednak siedział cicho. Przez kolejne kilkanaście minut znosił 'tortury' ze strony ojca i nie śmiał nawet na niego spojrzeć. Kiedy Steven opanował złość, wstał i odwrócił się. Alan ostatkiem sił podniósł głowę i cicho, ale słyszalnie powiedział:
- Sadysta.. - słysząc to, ojciec wyszedł, zamykając za sobą drzwi. - I nie wracaj.. - wszeptał za nim zamykając oczy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz