wtorek, 2 lipca 2013

"Pain"

Jaki jest cel naszego istnienia? To pytanie zadaje sobie wiele ludzi. Moje życie zdawało się być jedną wielką porażką, na każdym kroku szykanowania, przemoc i ból ze strony innych. Jak miałem sobie z tym poradzić, wszyscy się odwrócili i nie widzieli problemu. Lecz "nie widzieli" to określenie iście fatalne. Nie chcieli widzieć.

Otworzyłem oczy. Czułem się tak bezsilny i wyczerpany trudami mijających dni. W domu było coraz gorzej od czasu, gdy mama zachorowała. Wykryto u niej raka, niestety za późno. Jej choroba się nasilała, a ja patrzyłem, jak z dnia na dzień traci siły. Nienawidzę bezradności, jest całkowicie dołująca. Czy ktoś zdaje sobie sprawę, jakie uczucia krążą w sercu dziecka, którego rodzic umiera na jego oczach? Lekarze nie dawali jej żadnych szans. Codziennie modliłem się o cud. Jedyne, czego pragnąłem, było to, aby mama wyzdrowiała.

Pewnego dnia kobieta poczuła się gorzej. Od razu zadzwoniłem po pogotowie, a tamci zabrali ją do najbliższego szpitala. W poczekalni dowiedziałem się, że matka miewa się już lepiej i może wrócić do domu. Cztery dni po tym zmarła. Japończycy uważają cyfrę cztery za pechową, oznaczającą śmierć. Cóż, może coś w tym jest. Nienawidziłem lekarzy za ich dyletanctwo i niekompetentność, nienawidziłem siebie, że jej nie uratowałem. Żywiłem do wszystkich prawdziwą urazę.

Na pogrzebie nie płakałem, zwyczajnie brakło mi już łez. W wieku niecałych piętnastu lat straciłem rodziców. Dlaczego oboje? Po śmierci matki ojciec zaczął pić. Nie miałem już nikogo, alkohol wypalił w nim miłość. W domu ciągle były awantury, musiałem przejąć obowiązki rodzicielki. Nie dawałem sobie rady ze wszystkim. Za każdym razem, gdy zawiodłem, ojciec mnie bił. Na początku było to tylko ręką, ale gdy z czasem się przyzwyczaiłem, sięgał po kij czy metalową rurkę, którą znalazł gdzieś na śmietniku. Do szkoły już praktycznie nie chodziłem, nie miałem na to ani siły, ani czasu. Pewnego razu ojciec dostał zawiadomienie o moich nieobecnościach. Nie potrafił zrozumieć tego, co czułem. Ściągnął swój pasek i się zamachnął, lecz ja zrobiłem unik. Uciekłem, a ten zaczął mnie gonić. Co chwila się zataczał, był zbyt pijany. Alkohol potęgował w nim złość, która przerodziła się w czystą wściekłość. Zamknąłem się w pokoju i nasłuchiwałem. Po dłuższej chwili udało mu się dotrzeć do drzwi. Chwycił za klamkę. Zamknięte. Usłyszałem jego rozsierdzony krzyk, zaczął kopać niemiłosiernie w moją jedyną ochronę. W końcu drewniana bariera nie wytrzymała i ujrzałem, jak alkoholik, niegdyś zwany przez mamę "kochanym Otonashim", wtacza się do środka. Czułem strach, lecz nie płakałem. Jego systematyczne bicie nauczyło mnie, że łzy dawały mu satysfakcję. Chory sadysta. Kątem oka zauważyłem błyszczący przedmiot w jego dłoni, na widok którego serce zabiło mi jeszcze mocniej. Nóż. On miał nóż! Nie miałem prawa się poddać. Każdy powinien walczyć o swoje życie. Mężczyzna rzucił się na mnie, przygniatając do ściany z nieprawdopodobną siłą jak na pijanego faceta. Czułem na swoim policzku jego cuchnący oddech i ręce na brzuchu.
- A teraz spotka cię kara - oświadczył mrożącym tonem.
Zostałem zgwałcony przez własnego ojca.

Po tym wydarzeniu postanowiłem uciec z domu. Wszędzie lepiej niż tam. Zabrałem wszystkie oszczędności- moje i ojca. Uznałem to jako sankcję za poniżenia, których doznałem. Wtedy jeszcze nie myślałem o tym, co może mnie spotkać jako bezdomnego.

Skierowałem się na dworzec. W Yokohamie mieszkała moja ciotka, a zważając na ogrom Tokio, gdzie mieszkałem, było to nader daleko. Szedłem korytarzem, po chwili natknąłem się na leżącą pod ścianą dziewczynę. Jak się potem okazało, była narkomanką, lecz nie potrafiłem jej zostawić. Zostałem na dworcu. Tymczasowo. Było mnie stać jedynie na jedzenie, a warunki mojego lokum były fatalne. Wszędzie syf i smród. Mikoto- dziewczyna, której pomogłem... Zaprzyjaźniłem się z nią, jako jedyna mnie rozumiała. Sama była w podobnej sytuacji, więc uciekła na dworzec. To właśnie ona po raz pierwszy poczęstowała mnie marihuaną. Od tamtej pory staliśmy się całkowicie nierozłączni. Na początku było nam wspaniale, lecz wszystko się kiedyś kończy. Marihuana nie sprawiała nam już żadnej przyjemności, uzależnieni od palenia chcą czegoś więcej. Kumpel Mikoto załatwił nam "twarde" narkotyki, pierwsza działka za darmo. Odtąd podgrzewanie łyżeczki z białym proszkiem i wstrzykiwanie tego w żyłę stało się codziennym rytuałem. Z czasem, jak zaczęliśmy się naprawdę wkręcać, pieniądze szły jak woda. Przestaliśmy jeść, byleby tylko zdobyć wymarzoną heroinę i wstąpić w wypaczony świat. Z jednym "ale"- trzeba było na nią zarobić. Mieliśmy zaledwie szesnaście lat, nikt by nie przyjął do pracy dzieciaków z dworca. Wyjście było tylko jedno. Najohydniejsze, co można zrobić. Mikoto była piękna, miała czarne długie włosy i ciemne oczy, klasyczna uroda Japonki. Każdy facet jej pożądał. Wsiadała do samochodów starych typów. Nie opowiadała, co robiła, a ja nawet nie chciałem wiedzieć. Liczyły się tylko pieniądze i kolejna działka. Oboje byliśmy na głodzie, więc mogliśmy zrobić wiele, lecz nie chciałem przyjąć do wiadomości tego, że jestem narkomanem.

Pewnego ranka Mikoto się nie obudziła. Oczami zamglonymi przez heroinę nie zauważyłem, że Mi- chan, bo tak ją zwykłem nazywać, umiera. Jej śmierć uświadomiła mi, co robiłem. Zabijałem sam siebie, powolutku, dzień po dniu, dawka po dawce. Uciekłem do dworcowej toalety i spojrzałem w brudne lustro. Wystające kości, szara skóra i podkrążone oczy. Poczułem w sercu ukłucie. Jak ja mogłem doprowadzić się do takiego stanu? Nie miałem pieniędzy i do tego znów zostałem sam. Nawet nie wiem, kiedy tak się stoczyłem. Żaden narkoman nie chce przyjąć do wiadomości tego, kim jest. Zauważa to dopiero, gdy jest na dnie. Smutne, lecz prawdziwe. Postanowiłem zerwać z nałogiem. Jak się potem okazało, silna wola to za mało. Po dwóch dniach na głodzie poczułem, że muszę zarobić na heroinę. Nie dałem rady, kolejna porażka. Tak dowiedziałem się, co robiła Mi- chan w samochodach facetów. Paskudztwo, wstydzę się tego, ale nie miałem wyjścia.

Pewnego dnia wpadła mi w ręce gazeta. Pierwsza strona informowała o masowych zgonach narkomanów. Nie chciałem tak umrzeć, nie chciałem być kolejnym nazwiskiem w jakimś szmatławcu. Nie mogłem skończyć jak Mikoto. Czasem wieczorami moja matka oglądała rodzinne zdjęcia na kolanach ojca i powtarzała mi: "Takanori, pamiętaj, nigdy się nie poddawaj i walcz do końca. Nawet wtedy, gdy szanse na sukces są znikome". I przytulała w ten wspaniały matczyny sposób. Pragnąłem jeszcze raz to poczuć. Pojedyncza łza spłynęła po moim policzku kończąc swą drogę na podbródku i gubiąc się gdzieś w brudnych ciuchach. Nie wiem, kiedy zacząłem szlochać. Po raz pierwszy od ponad roku dałem prawdziwy upust moim emocjom.

Wyjechałem do Yokohamy. Ciotka mnie nienawidziła, odkąd się urodziłem traktowała jak nędznego śmiecia. Odbyłem u niej swój pierwszy prawdziwy odwyk, lecz zerwanie z nałogiem nigdy nie jest i nie było łatwe. Miałem dni słabości, kiedy chciałem uciec i znów ćpać, lecz wizja matki i ukochanej Mi- chan zręcznie mnie powstrzymywała. Moje odstawienie heroiny nie polegało na żadnej fachowej opiece. Skądże. Ciotka zamknęła mnie w szarym pokoju z jednym małym okienkiem. Nie było w nim nawet biurka. Spędziłem w nim całe trzy miesiące, gdy w końcu moja opiekunka uznała, że jestem "zdrowy". Załatwiła mi nauczyciela, który co dzień przychodził i wpajał mi do głowy wiedzę. Lubiłem się uczyć, lecz po śmierci matki nie miałem na to czasu. W dniu siedemnastych urodzin dostałem od niej plik papierków, które okazały się być fałszywymi świadectwami ukończenia szkół. Widać kobieta zna się na rzeczy, dokumenty wyglądały na prawdziwe. Zostałem zapisany do liceum. Akt miłości i troski? Owszem, przynajmniej nie oddała mnie do sierocińca. A tak naprawdę uwolniła się ode mnie, wiecznego problemu i znienawidzonego dzieciaka. Cieszyła mnie myśl, że już nigdy nie zobaczę ciotki.

Zamieszkałem w internacie. Początki były koszmarne, nie potrafiłem się wdrążyć w to szkolne życie. Ćpun z dworca, niegdyś zgwałcony przez ojca, dziś ułożony uczeń. To chore. Kompletnie się nie starałem. Powoli traciłem do wszystkiego chęci, gdy w mojej szarej egzystencji pojawił się on- Chihiro. "Chihiro" można zapisać używając różnych kanji i tłumaczy się je jako "wielki" czy "obfity". W przypadku chłopaka to się sprawdziło, był silny i wysoki jak na Japończyka. Ja natomiast istniałem jako jego dokładne przeciwieństwo- zawsze chudy i średniego wzrostu Takanori wyśmiewany przez dzieciaki. Chihiro wzbudzał respekt. Ja- śmiech. Spędzaliśmy ze sobą prawie każdą chwilę, jak prawdziwi przyjaciele. Ufałem mu, lecz jeden dzień przeklinam do dziś. Przyśniła mi się moja przeszłość i Mikoto. Jej nienaturalnie wielkie źrenice spowodowane narkotykami widziałem dokładnie. Wyeksploatowany zwierzyłem się chłopakowi, opowiedziałem mu o wszystkim - o matce, ojcu, heroinie. Opowiedziałem ze szczegółami, nie pomyślałem, że przyjaciel mógłby to wykorzystać.

Na drugi dzień poszedłem do szkoły. Już od wejścia każdy na mnie patrzył i się uśmiechał. Usłyszałem parę nieprzyjemnych komentarzy dotyczących prostytucji, kulturalnie rzecz ujmując. Skąd wiedzieli? Nikomu o tym nie mówiłem prócz... Chihiro? Jak mógł mi to zrobić? Przecież przyjaciele się tak nie zachowują, prawda? Pobiegłem do byłego kolegi.
- Powiedziałeś im! - od razu przyszpiliłem go do ściany, lecz byłem dla niego zbyt słaby. Role szybko się odwróciły, teraz to on przyciskał mnie do muru i dusił.
- P-puszczaj... - nerwowo brałem wdechy. Chłopak przesunął kolanem po moim udzie, a wokół nas zebrali się uczniowie, których najwidoczniej cieszył mój ból.
- Nie kłam, Taka, my wiemy, że ci się to podoba. - wybuchnął śmiechem prosto w moją twarz. Błagałem w myślach, żeby przestał. Jego palce zacisnęły się na mojej szyi jeszcze mocniej.
- Proszę cię, Chihiro... - miałem ochotę się rozpłakać, lecz doświadczenia z ojcem mi na to nie pozwoliły.
- Chihiro!? A może trochę więcej szacunku? - splunął mi w twarz. Jak mogłem nie zauważyć, jakim jest typem?
- Chihiro- san, błagam, zostaw mnie. - chciałem nadać wypowiedzi spokojny ton, na marne. Chłopak i wszyscy dookoła zanosili się śmiechem. Po chwili się uspokoił, spojrzał na mnie i udał zamyślenie. Czyżby analizował moją prośbę?
- Błagaj na kolanach. - puścił mnie, a ja osunąłem się bezwładnie. Leżałem w bezruchu, co tylko zirytowało prześladowcę. - Powiedziałem: "Błagaj na kolanach"!
Usłyszałem krzyk jakiejś nauczycielki i przepychanki, a Chihiro gdzieś się ulotnił. Czym sobie zasłużyłem na takie traktowanie? Nie mogłem wstać i nadal się trząsłem się z emocji. Ktoś pomógł mi się podnieść. W tamtej chwili straciłem przytomność.

Obudziłem się w internacie. Siedziała przy mnie... Jak jej było? Nie, chyba nie pamiętałem tej dziewczyny. Chciałem wstać, lecz tylko jęknąłem. Dziewczyna wzdrygnęła się, najwidoczniej wyrwana z jakichś głębokich przemyśleń.
- Kim jesteś? - aż wystraszyłem się mojego zachrypniętego głosu. Przetarłem oczy.
- Nazywam się Ayame. - uśmiechnęła się pięknie, lecz po chwili spoważniała - Boli cię coś?
- Nie. - dlaczego skłamałem? Czułem się, jakby mnie ktoś przeżuł i wypluł.
- Przecież widzę. Zawołać pielęgniarkę? Inaczej będę się cały czas martwić o ciebie! - powiedziała i szybko wyszła. Poruszała się tak delikatnie, a jej biodra subtelnie poruszały się na boki. Słucham? Ktoś się o mnie... Martwi? Przejmuje się moją żałosną osobą z jakże świetlistą przeszłością?

Ciężko mi było znów komuś zaufać, lecz Ayame stała się moją przyjaciółką. Najprawdziwszą, taką jak Mikoto. Dużo rozmawialiśmy, dowiedziałem się, że ona też nie miała w życiu lekko. Przy Ayame czułem się swobodnie, od dawna nie doświadczyłem czegoś takiego. Kochałem ją. Pierwszy raz pokochałem kogoś w TEN sposób, lecz bałem się do tego przyznać. Ona na pewno tego nie odwzajemnia. Pewnego dnia przybiegła do mnie zapłakana. Gdy tylko spojrzałem na jej zrozpaczoną twarz, coś mnie zabolało.
- Wyjeżdżam. - jedno słowo, niby całkowicie naturalne, a spowodowało u mnie roztrzaskanie serca na kawałeczki. Nie mogła wyjechać, nie mogła mnie zostawić! Znów samotny? Nie wyobrażałem sobie dalszego życia bez Ayame. Tak bardzo mi pomogła. Jej odejście oznaczało dla mnie tylko jedno.

W szkole udałem chorego i zostałem wysłany do pielęgniarki. Tak jak się domyślałem, w jej gabinecie było mnóstwo lekarstw. Siedziałem niewinnie na krześle i czekałem, aż skończy przeglądać jakieś papierki. Po chwili zdjęła okulary i podeszła do mnie. Wykonała wszystkie rutynowe badania. Przyjrzała mi się uważnie, wręcz podejrzliwie.
- Naprawdę źle się czuję! Boli mnie brzuch, jakbym miał coś tam w środku. - wykonałem jakiś dziwny gest dłonią i uniosłem na nią błagalny wzrok. Kobieta westchnęła i oznajmiła, że zaraz wróci. Wyszła zapewne po specjalistę. Nadeszła moja szansa. Podbiegłem delikatnie do szafeczki z lekami i szybkim ruchem zabrałem kilka opakowań, które upchnąłem w kieszeni. W chwili, gdy usiadłem z powrotem na krześle, weszła pielęgniarka w towarzystwie grubego mężczyzny w białym kitlu.
- Och, dobrze, że już pani jest! Czuję się już o wiele lepiej, dziękuję za pomoc! - ulotniłem się zanim tamci zdążyli się zorientować i odpowiedzieć. Przynajmniej jedno w życiu mi się udało.

Siedziałem w pokoju na skraju łóżka i uważnie przyglądałem się opakowaniom. Dziś Ayame wyjeżdża, to mój dzień. Usłyszałem jak ktoś wchodzi do pomieszczenia, odwróciłem się gwałtownie chowając za sobą lekarstwa. Zwykle uśmiechnięta siedemnastolatka była dziś w grobowym nastroju. Ja zresztą też. Już prawdopodobnie nigdy się nie spotkamy. Rzuciła plecak na fotel i szybko się we mnie wtuliła. Uwielbiałem zapach jej miękkich włosów. Czułem na ramieniu jej łzy.
- Przyszłam się pożegnać - dlaczego rozstania tak bolą? I dlaczego musimy tracić ukochaną osobę?
- Ayame, ja ciebie... - urwałem. Powiedzieć to tak po prostu?
- Takanori, ja ciebie też kocham - zaniosła się płaczem. Nie mogłem tego słuchać, przycisnąłem jej drżące ciało jeszcze mocniej. Chwila... Czy ona powiedziała...?
- Co? - mam nadzieję, że się nie przesłyszałem. Ona odsunęła się ode mnie delikatnie i spojrzała w oczy.
- Kocham cię, Taka.
Te słowa cały czas krążyły mi po głowie i dopiero po chwili zrozumiałem prawdziwy ich sens. Spojrzałem na nią zaskoczony, a ta westchnęła, wstała i subtelnie dotknęła ustami mojego policzka. Wzdrygnąłem się i wyszeptałem:
- Ayame, jesteś dla mnie wszystkim - dziewczyna wytarła łzy, lecz nie mogła powstrzymać dreszczy.
- Przepraszam, że tak to się skończyło. Żegnaj, Takanori.

Zamknęła za sobą drzwi. Wtedy myślałem, że widzę ją po raz ostatni. Rzuciłem się na łóżko w akcie rozpaczy, już nie musiałem udawać silnego. Przypomniałem sobie o tabletkach. Sięgnąłem po pudełeczko i przyjrzałem się środkowi, który miał być rozwiązaniem. Idealne wyzwolenie z najgorszego życia jakie można było mieć. Otworzyłem opakowanie i westchnąłem. Moje policzki stały się całe mokre od łez. Uniosłem pojemniczek do ust i pozwoliłem białym pigułkom wpaść do gardła. Nie wiedziałem, ile ich wziąłem, więc połykałem kolejne zawartości. Położyłem się wygodnie i czekałem spokojnie na sen.

Miałem jakieś halucynacje, cała moja historia pojawiła się przed oczami - pogrzeb mamy, gwałt, narkomania, śmierć Mikoto, Chihiro. Na samym końcu ujrzałem Ayame. Ponownie zacząłem płakać. Tak bardzo ją kochałem. Uśmiechnąłem się niewyraźnie na wspomnienie. Nagle usłyszałem trzask drzwi i głos... Ukochanej? Był taki wspaniały...
- Taka, zapomniałam plecaka i musia... - oczami wyobraźni widziałem jak staje przerażona. Chciałem się obudzić, lecz powieki były zbyt ciężkie. Potrząsnęła mną, z pewnością już zauważyła, co zrobiłem.
- Przepraszam... - wyszeptałem cichutko. Nie miałem siły. Czy tak się czuła mama, gdy umierała?
- Dlaczego nie pomyślałeś o mnie!? - zawołała zrozpaczonym głosem i nerwowo przeszukała okolice mojego łóżka. - Ile ich połknąłeś?
Zmusiłem się do otwarcia oczu i spojrzenia na nią tępym wzrokiem. Trzymała w ręku jeszcze trzy pełne opakowania. Jakim cudem przetrwały? Położyła się obok mnie i musnęła ustami moje. Podniosła dłoń i...
- Nie możesz... - nie miałem siły się sprzeciwić. Czułem, jakby mój żołądek płonął.
- Kocham cię, Taka. I nie pozwolę, żebyś umarł samotnie. - nie wierzę, że chce to zrobić. Słyszałem jak połyka kolejne pigułki i ponownie się rozpłakałem. Ayame ułożyła się wygodnie i przytuliła do mnie. Czułem ciepło bijące od jej ciała i ukochany zapach włosów.

Dlaczego postanowiłem podzielić się z Wami moją historią? Każdy z nas, nawet taki człowiek jak ja, zasługuje na miłość. Każdy z nas chce być kochanym i potrzebuje drugiej osoby, dla której mógłby żyć, nie zwracając uwagi na przeciwności losu. Tylko przy Ayame czułem się naprawdę szczęśliwy. "Nigdy się nie poddawaj i walcz do końca. Nawet wtedy, gdy szanse na sukces są znikome". Dziewczyna zasnęła szybciej niż ja.
- Poczekaj na mnie. - uśmiechnąłem się subtelnie - Kocham cię, Ayame.


Jejku, płaczę T___T Znowu główny bohater o imieniu Takanori, a co~

3 komentarze:

  1. I trzy łzy już kapnęły.
    Doprowadziłaś mnie do płaczu.
    nie było to nawet oklepane, a takie rzeczy zazwyczaj są.
    dziękuję,że to przeczytałam.
    Naprawdę to było super.
    Ten cytat. Ach.
    Pozdrawiam i życzę wytrwania w tym wszystkim...

    OdpowiedzUsuń