Miłego czytania ♥
I pisać, czy (na razie) się podoba ^3^
8. października, 1868
Otworzyłem gwałtownie oczy i natychmiast podniosłem się do siadu. Ciężka kołdra odsłoniła moją bladą, lekko umięśnioną klatkę, ukazując delikatne, różowe sutki. Spojrzałem na zegar i wstałem jak oparzony - siódma pięćdziesiąt trzy! Znów zaspałem! Szybko się ubrałem, opłukałem twarz i zęby, wybiegając z szarego, ciasnego mieszkania w starej kamienicy gdzieś na obrzeżach Londynu. Od razu skierowałem się w stronę mojej restauracji. Przeciskałem się między ludźmi śpieszącymi za swoimi obowiązkami, szturchając i potrącając kogoś co chwila. Nie zdążę! Wbiegłem w pewną wąską uliczkę, a na kolejnym zakręcie wpadłem na starszą kobietę... Usłyszałem tylko huk wypadających z jej koszyczka jabłek, zrobiło mi się ciemno przed oczami, a jeden owoc uderzył mnie z impetem w głowę.
- Auć! - wykrzyknąłem - Moja głowa!
Potrząsnąłem nią, by sprawdzić, czy jest na swoim miejscu. Tak na wszelki wypadek.
- Bardzo panią przepraszam! Nic się pani nie stało? - ale w odpowiedzi usłyszałem tylko cichutki szloch. Przeraziłem się. - D-dlaczego pani płacze? - pewnie coś ją boli, a to wszystko moja wina!
Babcia wstała gwałtownie, zbyt gwałtownie jak na swój wiek. W pośpiechu zaczęła zbierać jabłka do kosza, nie podniosła na mnie wzroku! Ba. Nawet nie widziałem jej twarzy przez ten kaptur.
- Pomogę pani... - wyciągnąłem rękę w jej stronę.
- Nie trzeba! - wściekła spojrzała w moje oczy, a z mojego gardła wydał się dziwny, chrapliwy odgłos zdziwienia. Nie była babcią! Nie miała nawet dwudziestu pięciu lat, jak sądzę. Swoją drogą, była całkiem ładna - Wystarczająco nabroiłeś!
Nagle usłyszeliśmy krzyk dorosłego mężczyzny, wyraźnie zdenerwowanego. Dziewczyna szybko odwróciła się w jego stronę, podniosła kosz i rzucając się biegiem, uciekła.
- Złodziejka! Ukradła moje jabłka! - facet był coraz bliżej mnie, a ja niewiele myśląc, zebrałem resztę jabłek i podążyłem za dziewczyną. Całe szczęście, że byłem dosyć wysportowany, więc dogoniłem ją w całkiem krótkim czasie.
- Hej! Zaczekaj! - wrzuciłem kradzione jabłka do kosza, który trzymała i wyrwałem go z jej dłoni. Przerażona dziewczyna dała mi w twarz. Zapiekł mnie policzek i niemal czułem, jak pojawia się na nim czerwony odcisk jej drobnej dłoni - Nie bij mnie! - uchyliłem się przed kolejnym ciosem - Chodź!
W sumie nie wiem, dlaczego jej pomagam.
Złapałem ją za dłoń i pociągnąłem za sobą. Za nami ciągle podążał stary kupiec, wykrzykując, abyśmy się zatrzymali i oddali jego własność. Tak, na pewno każdy złodziej tak robi - najpierw kradnie, potem ucieka, żeby na końcu oddać skradzioną rzecz. A potem z uśmiechem na twarzy idzie pod szubienicę i słucha z zamiłowaniem wściekłego tłumu, który ze zniecierpliwieniem czeka, aż powieszą winowajcę. Na pewno.
Skręciliśmy w kolejną szarą uliczkę i okrążyliśmy jakąś nędzną, niezamieszkałą kamienicę. Wbiegliśmy do środka, z impetem otwierając drzwi. Zawiasy wydały smutny pisk, jakby prosiły o delikatniejsze traktowanie. Przepraszam - nie tym razem! Wspięliśmy się na schody prowadzące na dach. Wyszliśmy na zewnątrz i natychmiast zatrzasnąłem za nami drzwi w obawie, że kupiec nas odnajdzie. Osunąłem się na starą, wilgotną od październikowego deszczu ziemię, a kosz odłożyłem na bok. Schowałem twarz w dłoniach, próbując dojść do siebie, głośno oddychając. Po chwili przypomniałem sobie o mojej nowo poznanej towarzyszce. Podniosłem na nią wzrok i zauważyłem, że wlepiała we mnie swoje wielkie, brązowe oczy z uwagą. Mierzyła mnie tak, jakby chciała mnie przejrzeć na wylot. Zresztą - tak się właśnie czułem.
- Dlaczego? - spytała krótko, a ja uśmiechnąłem się i udałem głupiego:
- Co dlaczego? - nie mogłem oderwać wzroku od jej idealnie jasnej, owalnej twarzy i pełnych ust. Wszystko było tak dopasowane... A ona tylko wywróciła tymi cudownymi oczkami.
- Dlaczego pomagasz złodziejce? - sprecyzowała pytanie.
- Sam nie wiem - podrapałem się nieśmiało po głowie i zarumieniłem. Tak, chciałem udać uroczego. Ciekawe, czy mi wyszło - Po prostu nie chciałem, żeby ten facet cię złapał - uśmiechnąłem się delikatnie.
Nie odpowiedziała. Za to podeszła do mnie szybkim krokiem i zabrała koszyk.
- Dziękuję. Jestem twoją dłużniczką. Kiedyś ci się odwdzięczę - otworzyła drzwi zgrabnym ruchem, mimo że wcześniej wydawało mi się, że są zatrzaśnięte.
- Dlaczego kradniesz? Potrzebujesz pomocy? - zmartwiłem się. Chciałem jej pomóc! Naprawdę. Spodobała mi się, było w niej coś... Magicznego? Innego. Nie wiem, jak to określić. Była taka delikatna, a jednocześnie cholernie intrygująca.
Chciałem kontynuować rozmowę, lecz ona zniknęła za drzwiami. Zdążyłem usłyszeć tylko jej smutny głos:
- Nikt nie może mi pomóc.
To zdanie krążyło mi w głowie do końca dnia, aż po ciemną, zimną noc. Ten ton... Ten przepełniony rozpaczą ton...
Chciałem jej pomóc.
Nie mogłem jej pomóc.
Zniknęła.
A ja nie wiedziałem, jak mogę ją znaleźć. Nawet nie spytałem, jak ma na imię. Ale tę twarz zapamiętam na zawsze. Mlecznobiała cera okolona lokami jasnego blondu.
Jakby została wyryta w moim sercu...
9. października, 1868
Nie poszedłem wczoraj do pracy. Cały dzień spędziłem tam, na dachu, rozmyślając o Niej i przeklinając się, że nie spytałem o imię. Do domu wróciłem późną nocą. Byłem taki zmęczony... Rzuciłem się do łóżka, lecz nie mogłem zasnąć. Dalej rozmyślałem o Niej.
Byłem zakochany.
Ale czy można zakochać się w kimś od pierwszego wejrzenia? Nawet nie wiedząc, jak ma na imię?
Widocznie można.
Zwlokłem się z łóżka, gdy nagle wpadłem na wspaniały pomysł! Napiszę ogłoszenie, że poszukuję owej dziewczyny, załączę rysunek... Moje podekscytowanie zgasło równie szybko, jak się zaczęło. Co ja gadam, beznadziejny pomysł. Przecież okradła kupca, jak wystawię list gończy, to mogą ją szybciej znaleźć... Tak źle i tak niedobrze. Postanowiłem, że pomyślę o tym po powrocie do domu. W końcu praca to priorytet! Wystarczy, że wczoraj zaniedbałem swój obowiązek i zwaliłem całą robotę na głowę drugiego kucharza - Benjamina.
O jakiej robocie ja mówię... Spójrzmy prawdzie w oczy - byłem prawie bankrutem, a moja restauracja upadała z dnia na dzień.
Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to fakt, że drzwi restauracji były otwarte. Jak Ben mógł ich nie zamknąć? Zawsze był dokładny i sprawdzał po kilka razy, czy na pewno zamek jest zamknięty. A teraz? W duchu przeklinałem przyjaciela, dopóki nie wszedłem do środka. Wszystko w restauracji było porozrzucane. Naczynia, talerze leżały potłuczone na podłodze, krzesła ciśnięte gdzieś w kąt. Przeraziłem się. Kto mógłby się włamać? W sumie mieliśmy dużą konkurencję w zachodnim Londynie, ale żeby demolować restaurację? Nie mogłem w to uwierzyć. Rozejrzałem się jeszcze raz dookoła i zabrałem się za sprzątanie. Ułożyłem krzesła na ich miejsce i już wziąłem miotłę do ręki, gdy usłyszałem, jak Ben i reszta pracowników - Mary Jane, Catharine, Annie - wchodzą roześmiani do pomieszczenia, rozmawiając najwidoczniej o czymś, co przydarzyło im się po drodze. Gdy zobaczyli, co się stało, wyraźnie nie wiedzieli, co o tym myśleć, a Annie, chuda kelnerka o czerwonych ustach i krótkich, kręconych, czarnych włosach, krzyknęła.
- Co się...? - spytał Ben, a po jego oczach poznałem, że jest przerażony.
- Zamknąłeś wczoraj drzwi? - spytałem, spoglądając na niego spod byka. Byłem niemal pewien, że zapomniał o drzwiach, bo akurat podrywał Annie.
- T-tak, na pewno! - odpowiedział zmieszany - Zawsze sprawdzam kilka razy... To niemożliwe.
- Wierzę ci, Ben. Ale ten ktoś musiał jakoś wejść... - odparłem całkowicie przybity. Gorączkowo myślałem, jak ten ktoś mógł się tu dostać...
Zabraliśmy się do sprzątania, restaurację trzeba było otworzyć jak najszybciej. Nie wiem tylko, po co. I tak nikt nie przyjdzie. Albo przyjdzie, lecz nic nie zamówi. Byłem skołowany... Zacząłem przysłuchiwać się rozmowie Cathariny z Benjaminem.
- Kto to w ogóle był? - spytała Catharina - drobna, ruda dziewczyna z dwoma warkoczami i piegami. No właśnie, kto byłby w stanie to zrobić?
- Ja chyba wiem - uniosłem zdziwiony wzrok i popatrzałem z niedowierzaniem, jak Ben wymija mnie i idzie w stronę tylnych drzwi. Schylił się i podniósł czarny melonik. Jakim cudem go nie zauważyłem!?
Uniósł go na wysokość oczu i przeczytał napis na metce - Tak jak myślałem - podał mi kapelusz, a ja spojrzałem na nazwisko właściciela.
Wiedziałem, że to on.
sliczne kc ͡° ͜ʖ ͡°
OdpowiedzUsuńWcale nie jest nudne ;) Świetnie napisane.
OdpowiedzUsuńUWAGA brokuł pisze :D
OdpowiedzUsuńsam początek bardzo fajny c: dobrze opisane, właśnie takie nie typowe c:
jakos ta druga notka z "9.10" nie wiem czemu, ale wydawała mi się gorsza.. może przez tą bezpośrednią i zbyt szybką rozkimę o uczuciach do złodziejki.
dalej zapowiada się ciekawie :D