Dodaję dzisiaj jeszcze trzecią część, bo ten rozdział podoba mi się baaardzo.
Ale z drugiej strony aż sama siebie się boję.
Czy mogę pójść za to do więzienia albo psychiatryka? Błagam, nie.
Na początku powiem, że rozdział króciutki, ale to chyba dobrze, bo komu by się chciało czytać rozdział na 874568376483 stron, czyż nie ? C:
18. października, 1868
Całą noc spędziłem nad Tamizą, wymyślając różne historie przedstawiające moje lepsze życie. A może śniłem? W każdym razie rankiem byłem bardzo zmęczony. Naprawdę Ją spotkałem czy to tylko wytwór mojej wyobraźni? Eleanor...
Dzień był nadzwyczaj pochmurny, lecz nie padało. W pewnym momencie nawet zza chmur wyłoniło się słońce. Nie na długo, ale jednak. Osiemnastego października cały dzień spacerowałem obrzeżami Londynu, starając się, aby nie spotkać nikogo, przez kogo mógłbym mieć kolejne problemy. Eleanor...
Do domu wróciłem dopiero późnym wieczorem. Tęskniłem za kąpielą i swoim łóżkiem.
Zasnąłem szybko, bez zbędnych problemów. Gorzej ze snami - dzisiejszej nocy były wyjątkowo okrutne.
Szedłem ciemnym korytarzem, dookoła unosił się zapach stęchlizny. Skradałem się przy wilgotnej ścianie, moim celem był pokój na końcu przedsionka. Wdepnąłem w kałużę prawdopodobnie wody. Albo i nie. Ciecz była gęsta, oleista... Za sobą usłyszałem krzyk, który z chwili na chwilę się oddalał. Eleanor! Ktoś krzywdzi moją Eleanor! Od razu pobiegłem w tamtą stronę, co rusz się potykając. Zataczałem się, przewróciłem. Nie miałem siły, by wstać. Jeszcze jeden krzyk Eleanor. Bardziej przeraźliwy, głośniejszy, doszedł mnie aż do szpiku kości. Czułem gęsią skórkę. Zacząłem się czołgać... Doczołgałem się do końca. Spadłem. Spadałem. Nie... Latałem. Frunąłem pomiędzy gwiazdami, które mrugały do mnie czule. Podleciałem do jednej z nich, która wydawała się być przyjaźnie do mnie nastawiona. Lecz ta zamieniła się w czarną dziurę. Próbowałem się cofnąć... Krzyk Eleanor. Musiałem jej pomóc... Nie walczyłem, dałem się pochłonąć.
Znalazłem się w oślepiająco białym pomieszczeniu, przesłoniłem oczy dłonią. Rozejrzałem się, po chwili już rozróżniałem poszczególne kształty. W tym łóżko na środku. Eleanor! Natychmiast do niej podbiegłem. Nie miałem siły, ale dla niej zrobiłbym wszystko.
Była związana, a łóżko nie było zwyczajnym łóżkiem. Była to szpitalna kozetka. Przyjrzałem się ukochanej... i od razu cofnąłem z obrzydzeniem.
To nie była moja Eleanor.
Ta miała zapadnięte oczodoły i puste oczy, w których panował obłęd. Straciła wszystkie zęby, a jej skóra była zupełnie szara i pomarszczona. Włosy, zamiast w loki, układały się w... W sumie w nic, były byle jak rozczochrane. Mimo wszystko widziałem w niej Eleanor...
Znikąd pojawił się mężczyzna w idealnie białym kitlu. Wyjął zza pleców wypełnioną jakimś płynem i bez zastanowienia wbił ją w skórę Eleanor.
-Niee! - krzyknąłem, lecz z mojego gardła nie wydostał się żaden dźwięk. Przeraziłem się. Facet nie zwrócił na mnie uwagi. Dziewczyna szarpała się, lecz po chwili szamotanie ustało.
Umarła...?
Schylił się i zajrzał pod łóżko. Zaczął grzebać w jakimś pudełku, po chwili wyciągnął je do światła. Zauważyłem, że było wypełnione nożami. Wziął jeden do ręki i przyjrzał mu się dokładnie, przejechał po ostrzu dłonią. Gdy uznał, że jest wystarczająco ostry, przyłożył go do białej koszuli Eleanor i powoli rozciął materiał, ukazując jej pomarszczoną skórę ze starczymi plamami i obwisłe piersi. Skrzywiłem się lekko na ten widok, próbowałem zaprotestować, lecz ten mnie nie słyszał ani nie widział.
Przyłożył ostrze do brzucha i przeciągnął nim delikatnie. Czerwona, cienka linia powolutku napełniła się krwią. Facet uśmiechnął się i docisnął nóż mocniej, rozcinając jej skórę. Krew brudziła koszulę Eleanor, a on włożył rękę w ranę. Nie mogłem na to patrzeć, myślałem, że zwymiotuję, podczas gdy on zagłębiał się coraz bardziej, wzdychając ciężko.
To go podnieca!?
Po chwili wyjął dłoń z cichym mlaśnięciem tkanki mojej Eleanor... Po moich plecach przebiegł dreszcz. To było ohydne. Mężczyzna ponownie chwycił nóż i wyciął na brzuchu ukochanej kształt kwadratu. Podważył skórę ostrzem, wepchnął palce między nią a mięśniami i oderwał powolnym ruchem, ukazując czerwone...
Zerwałem się natychmiast z łóżka. Byłem dosłownie oblany potem, oddychałem ciężko. Zamrugałem parokrotnie, aby przyzwyczaić spojrzenie do ciemności. Powolutku wstałem i skierowałem się do malutkiej kuchni. Musiałem się napić wody.
A potem wróciłem do łóżka i niestety zasnąłem.
Uniósł kawałek skóry na wysokość oczu, badając dokładnie każdy milimetr kwadratowy pomarszczonej skóry. Odwrócił do światła zakrwawiony kawałek, ten od wewnętrznej strony. Potarł palcem po krwi, którą potem wziął do ust. To wszystko było okropne... Nie chciałem na to patrzeć, ale nie potrafiłem się odwrócić. Oblizał palec skrzętnie, mrużąc oczy w podnieceniu. Skrzywiłem się. Mężczyzna odrzucił kawałek skóry gdzieś na bok i od razu nachylił się nad brzuchem Eleanor. Spod łóżka wyjął pudełko ze swoimi "narzędziami" i wziął skalpel. Przyłożył go do mięśnia mojej wybranki i wyciął go z chirurgiczną precyzją. Włożył pod niego palce i oderwał, ukazując jelita, żołądek i wątrobę. Tak sądzę. Zdarł z Eleanor jej koszulę i rozciął ją na mniejsze kawałki, a w jeden z nich zawinął mięsień brzucha i owinął z delikatnością. Patrzał na wnętrzności kobiety tak, jak matka patrzy na swoje nowo narodzone dziecko, a mnie wzięło na wymioty. Po chwili zamyślenia powrócił do swojego zajęcia - włożył rękę prosto w jelito. Chwycił je i szarpnął mocno, zaczął je wyciągać jak jakąś linę. Facet był już cały we krwi, a na brzuch Eleanor bałem się spojrzeć. Przez jakiś czas zmagał się z kilkumetrowymi jelitami, gdy w końcu w jego dłoniach znalazła się "całość". Stęknął wyczerpany. Potarł czoło, zostawiając na nim smugę czerwonego płynu. Przeniósł wzrok na kobietę, potem na to, co trzymał. Wyprostował ramiona, a fragment układu trawiennego upadł na niegdyś idealnie białą podłogę z głośnym mlaśnięciem. Oblizał wargi. Usiadł przy nich, sięgnął dłońmi do zakrwawionych spodni. Zaczął się masturbować, co chwila zlizując z dłoni czerwony płyn Eleanor.
A potem odwrócił się na pięcie i wychodząc, rzucił podniecony:
- Do jutra, Eleanor - świat zdawał się stanąć, otworzyłem szerzej oczy, zrobiło mi się ciemno przed nimi. Nie mogłem złapać oddechu, krztusiłem się. Upadłem na kolana i łapiąc się za szyję zacząłem kaszleć. Już nie mogłem. Zwymiotowałem.
To byłem ja.
JA, tylko kilkadziesiąt lat starszy.
Do świtu nie mogłem dojść do siebie, ten sen strasznie mną wstrząsnął.
Co się dzieje w mojej głowie? Help.
to był on lol
OdpowiedzUsuńaż tak to przeżywasz? XD
UsuńOkej, tego się nie spodziewałam XD
OdpowiedzUsuń:O piszesz tak mega obrazowo *___* brokuł jest zachwycony :D ten rodział jest mega, niczego tu nie brakuje i jest mega... wryło brokuła
OdpowiedzUsuń