Wiiitam serdecznie! *3*
Tak mi źle, tak baaardzo~ Współczuję Ci, Ash, że jutro będziesz wysłuchiwać jak marudzę. Przepraszam za to z góry ;-;
A oto druga część opowiadania :D Zapraszam do lektury~!
15. października, 1868
Czas od ostatniego włamania minął nam, można powiedzieć, całkiem spokojnie. Nikt już na nas nie napadł, nie porozwalał krzeseł... Ruch w restauracji był jak zwykle mały. Dzisiaj odwiedziło nas pięć osób, z czego zaledwie dwie coś zamówiły, a jedna upominała się o zapłatę za mięso. Muszę znaleźć jakiś sposób, aby przyciągnąć klientów. Tylko jak?
16. października, 1868
Do pracy wyszedłem strasznie zaspany. Całą noc myślałem, co zrobić, czym zachęcić klientów? Tylko to siedziało w mojej głowie. Nie mogłem pozwolić na to, by rodzinna restauracja upadła w taki sposób! Rodzice patrzą na mnie z góry. Dlaczego musieli zostawić mnie samego z tym ciężarem? Przecież od początku wiedzieli, że sobie nie poradzę.
Są beznadziejni..
Byli.
Tak jak ja. Co ja mam zrobić? Na pewno kiedyś będę lepszym rodzicem niż oni. Na pewno nie zostawię swojego dziecka w potrzebie. I na pewno nie zrzucę mu na głowę wszystkich problemów mojego życia.
Gdy właśnie gotowałem zupę rybną dla jednego starca, wszedł do restauracji Jonathan Flame - niegdyś nasz stały dostawca mięsa. Był ubrany w gruby płaszcz i cylinder. Z jego butów skapywała woda. Na posadzkę, którą Mary Jane właśnie wypolerowała na błysk. Od razu się zdenerwowałem.
- Dzień dobry, panie Shane - odchrząknął - Jak mniemam, wie pan, jaki jest cel mojej wizyty.
- Niech mnie pan zrozumie, nie mamy...
- Nie interesuje mnie to. Dałem wam wystarczająco dużo czasu, teraz czekam na zapłatę. W tej chwili - odparł stanowczym głosem. Spojrzałem na niego błagalnie, lecz ten odwrócił wzrok. Co robić? Myślałem gorączkowo.
- Zobaczę, ile mamy - powiedziałem nieśmiało - Niech to będzie coś w rodzaju zaliczki. Nie mamy całej kwoty.
- Zaliczki!? Żartuje pan? Czekałem miesiąc. Miesiąc! Tyle razy mnie zbywaliście! Nie odejdę, dopóki nie otrzymam trzystu siedemdziesięciu funtów.
Byłem załamany. Jak zapadliśmy w takie długi? "Dni" Restauracji u Shane'ów są policzone...
- Annie! - zawołałem drobną brunetkę - Przemieszasz zupę? - spojrzałem w jej oczy, dostrzegając ten błysk pocieszenia, który mówił, że wszystko będzie dobrze.
Nie będzie.
Skierowałem się do mojego biura. Zamknąłem za sobą drzwi i od razu spojrzałem na półkę.
- C-co? - z mojego gardła wydał się chrapliwy dźwięk.
Gdzie jest szkatułka!?
W niej były wszystkie nasze oszczędności, wszystkie pieniądze... Znaczy... Tyle, co zostało.
Rozejrzałem się w panice, jest!
Natychmiast rzuciłem się w jej stronę. Dlaczego leżała na podłodze?
Otworzyłem ją i...
Zamarłem.
Pusto.
Kompletnie pusto.
Ani pensa.
W głowie krążyło mi tylko jedno pytanie: "Kto?".
Ale nie musiałem pytać. Doskonale wiedziałem, kto był sprawcą.
Usiadłem w kącie i schowałem twarz w dłoniach. Chyba nawet się rozpłakałem. Czemu ten staruch nie da nam spokoju!?
Nienawidzę go.
- Co robić? Co mam, do jasnej cholery, zrobić!? - jak się spodziewałem, nie usłyszałem odpowiedzi. Westchnąłem. Nie mogłem sobie tak po prostu płakać i użalać się nad sobą. Muszę być twardy. Muszę.
Wróciłem do kuchni. On nadal tam był, rozsiadł się wygodnie na krzesełku przy stole, na którym Ben właśnie kroił marchew do zupy. Dlaczego wciąż się łudziłem, że go nie będzie i nam odpuści? Nadzieja matką głupich, czyż nie? Spojrzałem na niego błagalnym wzrokiem, lecz ten nie patrzał nawet w moją stronę. Co za typ. Chociaż z drugiej strony nie dziwię się, że tak mnie traktuje. Też bym się denerwował.
- Ben... - rzuciłem tym zrozpaczonym tonem - Mógłbyś...? - głos mi się załamał. Machnąłem dłonią, aby do mnie podszedł. Chłopak uniósł na mnie zdziwione spojrzenie i podszedł bez słów. Zaprowadziłem go do "biura" i nic nie mówiąc, ukazałem pudełeczko. Ten wziął do ręki przedmiot i z zawahaniem otworzył. Dostrzegłem, jak jego źrenice się rozszerzają.
- Gdzie są pieniądze? - spytał przerażony, a ja tylko ukryłem twarz w dłoniach. Nie chciałem, aby widział mnie aż tak bezradnego. Co robić?
- Ile masz przy sobie? - starałem się coś wymyślić, gorączkowo pocierając skronie skostniałymi palcami. Kątem oka zobaczyłem, jak Ben wzrusza ramionami.
- Niewiele - włożył ręce do kieszeni pracowniczego fartucha. Za czasów nowości był idealnie biały, dzisiaj pożółkły, tłusty materiał miał kilka wypalonych dziur i niezliczenie dużo plam różnego rodzaju produktów. Sok, zupy, jakieś kremy... O ile się nie mylę, była tam nawet krew - Jakieś dziesięć... - zaczął przeliczać zawartość kieszeni - Nie, jedenaście funtów i pięć pensów.
Za mało. Ale czego mogłem się spodziewać? Tonęliśmy w długach, nawet wszystkie osobiste pieniądze oddaliśmy na rzecz restauracji. Do tego ta kradzież.
Nienawidzę.
- Ja mam szesnaście funtów - potarłem, mimo chłodnej pogody i deszczu, spocone czoło. Emocje całkowicie mnie przygniotły.
- Żartujesz!? A gdzie reszta!? - Flame rzucił mi wściekłe spojrzenie. Jego twarz była jeszcze bardziej czerwona niż zwykle, a oczy zdawały się wychodzić z orbit - Co ja zrobię z jakimiś trzydziestoma funtami!? - odrzucił banknoty gdzieś za siebie - Możecie je sobie w dupę wsadzić! Banda bachorów!
Nienawidzę.
- Nie ma w was ani krzty odpowiedzialności! Jesteście beznadziejni! Dlaczego bierzecie się za coś, czego nie umiecie zrobić!? - chodził w tę i z powrotem, wymachując dziwnie dłońmi - Wasza restauracja zginie i to już niedługo, obiecuję na cały ród Flame'ów! - Flame rzucał co chwilę jakimiś przekleństwami w naszą stronę, spuściłem głowę. Co z nami będzie? - Nie zostawię tak tego, uwierzcie - odwrócił się na pięcie, zostawiając przy okazji na podłodze piękny ślad błota. W głowie słyszałem jego groźby, odbijały się w moim umyśle jak echo. Nie mogłem wytrzymać. Wybiegłem z kuchni, chwytając płaszcz. Usłyszałem tylko za sobą przestraszony głos Benjamina:
- Victor! - chyba wybiegł na mną, nie wiem, nie odwróciłem się. To by mnie tylko spowolniło, a chciałem uciec stąd. Uciec jak najszybciej.
17. października, 1868
Całe popołudnie chodziłem po Londynie, poruszałem się między starymi kamienicami i nowymi budynkami. Przeciskałem się ciasnymi uliczkami pełnymi szczurów, omijałem główne ulice. Nie chciałem spotykać ludzi.
Nienawidzę.
Gdy zaczęło zachodzić słońce, a przynajmniej w czasie, gdy powinno zachodzić, bo całymi dniami padał deszcz, a niebo było zachmurzone, poszedłem nad Tamizę. Krążyłem bez celu, po chwili zszedłem nieco niżej. I niżej. Usiadłem nad samą Tamizą, na ziemi. Nachyliłem się i zobaczyłem swoje odbicie w tafli. Byłem smutny. Albo wściekły. Nie mam pojęcia, chyba już byłem całkowicie wypłukany z jakichkolwiek emocji. Popatrzałem przed siebie na szarą wodę, potem na ludzi dookoła mnie. Miałem tyle czasu, nigdzie się nie spieszyłem. W przeciwieństwie do nich. Nie rozumiałem ich. Po co tak się starają, kiedy prędzej czy później wszystko się popsuje i cały trud pójdzie na marne? Wszystko jest takie beznadziejne. Gonią za pieniędzmi, za dobrami materialnymi, myślą, że są coraz wyżej, lecz nic bardziej mylnego. Dosięgają dna. Jak ja.
Siedziałem tak, rozmyślałem, aż do samej nocy. Z godziny na godzinę, minuty na minutę robiło się coraz ciszej... Londyn powoli układał się do snu. Noc - czas, kiedy możemy zapomnieć o wszystkich problemach i udać się do lepszej krainy snu. Choć czasem śnią nam się koszmary, sny są piękniejsze od rzeczywistości. Możemy dać ponieść się fantazji i robić rzeczy, na które nie pozwalamy sobie w realnym życiu. To wszystko jest takie wspaniałe.
Parę godzin później było już zupełnie ciemno i cicho. Odetchnąłem świeżym powietrzem, zamknąłem oczy. Nie chciałem zasnąć, jedynie chwilę odpocząć. Już powoli odpływałem, gdy wyrwał mnie z tego stanu jakiś dziwny dźwięk, a potem dziewczęcy, cichutki jęk.
- Au... - uniosłem głowę i otworzyłem szeroko oczy, lecz i tak niewiele widziałem. Ale znałem ten głos.
- H-halo? Kto tu jest? - wyszeptałem, choć wiedziałem, że to Ona. Jak mogłem o niej zapomnieć. Przez tę restaurację... Problemy z pieniędzmi całkowicie zajęły moją głowę. Nagle ktoś usiadł koło mnie. Serce prawie mi stanęło.
- Pamiętasz mnie? - jak mógłbym nie pamiętać. Gdy oczy przyzwyczaiły się do ciemności, zobaczyłem zarys bladej twarzy okolonej tymi pięknymi lokami... Uśmiechała się, ale doskonale widziałem, nawet w ciemnościach, że to całkowicie sztuczny uśmiech - Coś cię trapi.
- Nie... - chciałem udać silnego? Dlaczego okłamuję taką osobę? Chyba nie chciałem jej martwić.
- To nie było pytanie - westchnęła - Też lubię tu siedzieć, gdy mam problemy - nie mogłem oderwać wzroku od jej twarzy - Wybacz, że wtedy byłam taka niemiła.
Nie wiedziałem, co powiedzieć. Czułem się jak śmieć. Nikomu niepotrzebny.
- Nie szkodzi. Zawsze do usług - co ja gadam. Chyba naprawdę ją kocham, skoro obudziła we mnie taką nieśmiałość.
- W sumie nie musimy rozmawiać. Możemy też posiedzieć w milczeniu, jeśli chcesz - spojrzałem na nią zdziwiony, a ta uniosła głowę w stronę nieba - Współczuję gwiazdom - urwała teatralnie, czekając aż poproszę, aby rozwinęła myśl. Nie doczekała się, ponownie westchnęła - Muszą patrzeć na całe to okrucieństwo ludzi. Codziennie widzą smutek i rozpacz. I nic nie mogą z tym zrobić - tylko patrzeć.
Również spojrzałem na niebo, dokładnie analizując każde słowo, które wypowiadała.
- Kiedyś chciałam być gwiazdą. Myślałam, że będę wolna. Będę błyszczeć gdzieś na bezkresnym niebie. Kto wie, może bym była najpiękniejszą gwiazdą? Tą, do której wszyscy ludzie wzdychają co noc. Tą, której młodzi kochankowie obiecują swoim wybrankom - w duszy widziałem, jak się uśmiecha - Ale to wszystko kłamstwo - jej rozmarzony ton spoważniał szybko - Gwiazdy są zniewolone, zupełnie jak ludzie. Może nie tak dosłownie... - wstała - Nie będę ci zabierać więcej czasu - co? Nie możesz sobie tak po prostu pójść! Zaprzeczyłem:
- Nie zabierasz! - nie zatrzymała się, tylko wciąż podążała w swoją stronę. Chciałem wstać, lecz nogi miałem jak z waty - Chociaż powiedz, jak ci na imię... - krzyknąłem błagalnie. Pojawia się, znika, co się dzieje? Nie nadążam - Proszę...
Cisza. Tylko delikatny szum wiatru i Tamizy. Nie słyszałem nawet jej kroków. Zakryłem twarz dłońmi. Zmarnowałem swoją szansę.
- Eleanor - cichutki szept, który owiał moje uszy.
- Eleanor... - powtórzyłem. Zapamiętam to imię do końca mojego życia.
Bardzo złe?
Siedzę i czytam a czuję się jakbym oglądała film *-* Szalenie mi się podoba.
OdpowiedzUsuńBrokuł krytyk pisze:
OdpowiedzUsuńim dalej tym lepiej *____*